Ważne ogłoszenie!

Witajcie kochani!
Wiem, że minęło całe mnóstwo czasu od mojego ostatniego wpisu i nic nie wskazywało na to, że jest jakakolwiek szansa na kontynuację tego fanfiction…ale wczoraj jeden z czytelników zamieścił pod ostatnim rozdziałem mojej pracy komentarz…ten komentarz coś we mnie tknął. Tęsknię za tym fanfikiem i mimo iż nie wiem czy dam radę…postanawiam spróbować pisać go dalej i wrócić… Cóż 2 lata trochę pewnie zmieniły mój styl, to normalne, ale mam również nowe doświadczenie, pomysły na fabułę i mnóstwo nowych sił i chęci. Chcę na powrót podjąć się tego wyzwania c: Dziękuję bardzo wszystkim, którzy trwali tu mimo mojej nieobecności, nawet nie wiecie jak bardzo motywuje mnie to do dalszego pisania, dziękuję Wam z całego serca ^^ Wiem przynajmniej, że mam dla kogo dalej się starać c: To tak krótko z mojej strony. Mam nadzieję, że się nie gniewacie jakoś mocno na mnie :c
Pozdrawiam wszystkich bardzo mocno!
SeferCoxen

Rozdział 18 „Pierwsze starcie”

– Cześć wam! – W otwartych drzwiach do pokoju Odda i Ulricha stanęła czarnowłosa Japonka.
Chłopcy wyraźnie pochłonięci swoimi zajęciami odpowiedzieli jej przelotnie. Dały się jednak słyszeć również dwa żywsze głosy.
– O, widzę, że wszyscy tu jesteście. – Yumi uśmiechnęła się do Aelity i Jeremiego.
Odwzajemnili uśmiech, a różowowłosa pomachała do niej. Dziewczyna zrobiła kilka kroków do przodu, po czym usiadła na łóżku bruneta, obserwując zajętych przeróżnymi czynnościami przyjaciół.
W oczy rzuciło jej się nerwowe zachowanie Ulricha, biegającego od jednej szuflady do drugiej i wyrzucającego całą ich zawartość na podłogę. Wyraźnie czegoś szukał.
Siedzący nieopodal przy biurku Włoch, pochylał się nad jakąś książką. Mimo, iż starał się sprawiać wrażenie uczącego się, wystarczyło tylko dokładniej się przyjrzeć aby zauważyć, że nie jest to żaden podręcznik, a komiks.
Japonka przeniosła wzrok na łóżko Odda, gdzie blisko siebie siedzieli Jeremie i Aelita. Różowowłosa uśmiechając się, rozpieszczała łaszącego się do niej psa – Kiwiego. Wciąż miziając zwierzę za uchem, zerkała na siedzącego obok Francuza.
Blondyn całkowicie pochłonięty leżącym na jego nogach laptopem nie mógł tego jednak zauważyć. Marszcząc co chwila brwi i cicho wzdychając, zawzięcie klepał w klawiaturę.
Ciszę przerwał wyraźnie poddenerwowany głos Ulricha.
– Przysiągłbym, że tu była… – mruknął pod nosem, wywalając na podłogę zawartość kolejnej szuflady.
Yumi uniosła brwi.
– Czego szukasz?
– Ładowarki do telefonu. – Niemiec spojrzał na czarnowłosą. – Właśnie siada mi komórka, a ja nigdzie nie mogę jej znaleźć.
– Szukałeś wszędzie?
– Tak, zresztą jestem na 100% pewny, że była tutaj. – Wskazał pustą szufladę.
– Może Odd wie coś na ten temat? – Aelita spojrzała na pochłoniętego lekturą blondyna.
Odpowiedziała im cisza.
– Odd? – Ulrich zmarszczył brwi i wbił wzrok w chłopaka.
– Nie, nie wiem nic o twojej ładowarce. – Włoch nawet na niego nie spojrzał.
Kiwi leżący obok Aelity zrobił się nagle bardzo energiczny. Przeciągnął się i zeskoczywszy z kołdry, podbiegł do swojego posłania pod łóżkiem.
– Oho… – Odd znudzony komiksem, odwrócił się w stronę pozostałych. – Zaraz przyniesie ci jakąś zabawkę. – Uśmiechnął się do dziewczyny, obserwując poczynania psa.
Kiwi grzebał przez dłuższą chwilę w swoim kocu, po czym chwytając coś w zęby, dumnie wrócił do różowowłosej. Dziewczyna zmarszczyła brwi.
– Ulrich?
Brunet uniósł głowę i spojrzał na nią.
– Chyba znalazła się twoja ładowarka… – powiedziała unosząc urządzenie w górę za kabel.
Niemiec podszedł do niej i wziął sprzęt w rękę. Jego oczom ukazał się cały pogryziony, obśliniony kawał kabla, z wiszącą praktycznie oddzielnie wtyczką. W kilku miejscach spod czarnej izolacji wystawały różnokolorowe kabelki. Obudowa była całkowicie popękana i zniszczona.
– Odd! – Wściekły chłopak zwrócił się do blondyna.
Dziewczyny wyraźnie rozbawione sytuacją chichotały cicho. Jeremie zaciekawiony rozwojem wydarzeń przerwał pisanie i zauważywszy trzymane przez Ulricha urządzenie, uśmiechnął się pod nosem.
Włoch wyszczerzył się głupawo, drapiąc się po karku.
– No wiesz… pożyczyłem ją na chwilę, bo nie mogłem znaleźć swojej…
– Za chwilę rozładuje mi się komórka! – Roztrzęsiony brunet podniósł głos. – Możesz mi łaskawie wyjaśnić co się z nią stało?
– Eeeeee… Nooo… – jąkał się chłopak – Najwyraźniej zapomniałem ją schować z powrotem…i Kiwi się nią zainteresował.
Zrezygnowany Ulrich padł na łóżko obok Yumi.
– Gdzie ja w niedzielę kupię teraz ładowarkę?
– Kilka przecznic dalej, w stronę domu Yumi jest dobry sklep elektroniczny. – wtrącił Jeremie – Z tego co mi wiadomo jest też czynny w niedzielę ale tylko do 15.00.
Dyskusję przerwał dzwoniący telefon Japonki.
Dziewczyna szybko obszukała kieszenie swoich czarnych spodni i wydobyła z jednej z nich swoją niewielką bordową komórkę.
– Rodzice. – odparła widząc pytające spojrzenia przyjaciół – Mówiłam im gdzie będę, więc skoro dzwonią to pewnie z jakiegoś ważnego powodu… – Westchnęła, po czym wcisnęła zieloną słuchawkę. – Tak?
– Yumi, musisz wrócić jak najszybciej do domu. – Czarnowłosa usłyszała poddenerwowany głos swojej mamy. – Hiroki źle się czuje, a my musimy pilnie wyjść na jakiś czas do miasta. Nie mamy z kim go zostawić.
Wojownicy patrzyli na przyjaciółkę w kompletnej ciszy.
– Dobrze… Będę najszybciej jak się da. Nie martwcie się. – odpowiedziała i zakończyła połączenie.
– Będę was musiała zostawić. Obowiązki starszej siostry wzywają. – Uniosła ręce w geście „To nie moja wina.” i wstała. Powędrowała wzrokiem w stronę znów zawzięcie coś piszącego Jeremiego.
– Co ty tam tak klepiesz, co? – Uniosła jedną brew i uśmiechnęła się.
Chłopak uniósł wzrok znad ekranu, upewniając się czy pytanie było skierowane do niego.
– A jak myślisz? – odpowiedział jej również się uśmiechając – Dziś ściągamy Williama do domu. Napisałem prosty programik, który jest w stanie złamać blokadę Xany i umożliwić mi jego zdewirtualizowanie. Właśnie wprowadziłem ostatnie poprawki.
– Złamać blokadę? Ale w jaki sposób?
– Mogłem zrobić to tradycyjnie i z pomocą aktywowanej wieży spróbować go złamać. Zajęłoby to jednak za dużo czasu i nie wyrobiłbym się do jutra. Postanowiłem więc pójść na skróty i „skonstruowałem” coś w rodzaju kamikaze… – Wyjaśnił Francuz.
– Dobrze się zapowiada. Kiedy chcesz go sprowadzić? – zapytała go wyraźnie rozpogodzona Japonka.
– Możemy to zrobić w każdej chwili. Poczekamy na ciebie.
– Dzięki wielkie. – Dziewczyna włożyła swoją komórkę z powrotem do kieszeni. – Postaram się wrócić jak tylko będzie to możliwe.
– Nie ma sprawy. I tak umówiliśmy się z Aelitą, że trochę popracujemy na superkomputerze. Będziemy czekać na was w fabryce. – Odruchowo poprawił okulary.
– Na superkomputerze? – Zaciekawił się Ulrich. – A nad czym?
– Niespodzianka. – Mrugnął do niego Einstein.
– Wieczorem planujemy wam coś pokazać. – dodała Aelita.
Para spojrzała się na siebie wyraźnie z czegoś zadowolona.
– W takim razie zapowiada się ciekawe popołudnie. – Odd wyciągnął się na swoim krześle, korzystając z odwróconej przez Jeremiego uwagi Ulricha.
Niemiec słysząc go, momentalnie odwrócił się w jego stronę.
– Na twoim miejscu bym się tak nie cieszył… – Zmroził go swoim spojrzeniem.
Włoch przełknął tylko ślinę.
– To ja nie będę wam przeszkadzać. – zaśmiała się Yumi – Muszę już lecieć, bo nie ukrywam, że trochę mi się śpieszy. Do zobaczenia! – Pomachała im na pożegnanie.
Czwórka pożegnała ją i czarnowłosa wyszła z pokoju.
– Uspokój się stary… – Odd wrócił do tematu. – Oddam ci za nową z kieszonkowego.
– Mam nadzieję.
– Jak dla mnie to za bardzo histeryzujesz.
Brunet nic jednak nie odpowiedział. Niczym w jakimś dziwnym transie patrzył się w drzwi do ich pokoju.
– Coś się stało? – zapytał Della Robbia widząc jego zachowanie.
– Nie… Wszytko gra. – odpowiedział Stern po dłuższym milczeniu.
– Powiedz, chodzi o Yumi, prawda? – zagadnął przyjaciela Jeremie.
Ulrich spojrzał na niego spode łba. Nie lubił kiedy ktokolwiek poruszał ten temat ale jeszcze bardziej drażnił go fakt, że musi go w sobie dusić. Nie potrafił już tego dłużej znieść. Przełamał się. Niemo mu przytaknął.
– Oficjalnie ciągle jesteśmy tylko przyjaciółmi… – powiedział cicho, odwracając wzrok – Ale jakoś…jakoś coraz mniej chce mi się w to wierzyć… – Poddenerwowany chłopak zaczął bezwiednie prostować fałdy powstałe na jego kołdrze.
Trójka przyjaciół popatrzyła po sobie nawzajem.
– Najbardziej martwi mnie właśnie William… – Brunet kontynuował.
Nikt nie spodziewał się takiej nagłej wylewności z jego strony.
– Zanim się pojawił było zupełnie inaczej…jakby łatwiej. Kiedy widzę ten jej błysk w oku na wiadomość o jego sprowadzeniu z powrotem… – Ulrich spuścił głowę jeszcze niżej. – A jeśli ona wybierze jego? – Rzucił pytanie bardziej w powietrze, niż do konkretnej osoby.
W pokoju na chwilę zapadła cisza. Ani siedzącą naprzeciwko Niemca para, ani Włoch nie wiedzieli co odpowiedzieć.
– Moim zdaniem podchodzicie do tego po prostu w zły sposób. – odezwała się Aelita.
Brunet tak samo jak pozostali, uniósł lekko głowę i spojrzał na nią.
– Żadne z was nie potrafi się przemóc, żeby zrobić pierwszy krok. Każde czeka na ruch drugiej osoby, udając, że o niczym nie wie. – mówiła różowowłosa – Yumi myśli, że nie powinna pierwsza się wychylać, że powinien to zrobić chłopak. Ty znowu nie masz na to dość odwagi i liczysz na nią.
Ulrich spuścił lekko wzrok.
– Nie ma bata chłopie. – Jeremie uniósł lekko rękę do góry. – Jeśli naprawdę ci na niej zależy, musisz się zebrać do kupy i po prostu wyznać jej co do niej czujesz.
– Znając moje szczęście, nawet jeśli bym się przemógł… – Niemiec wyglądał na coraz bardziej zrezygnowanego. – …to ona mnie odtrąci… Chociażby dla niego. Wyjdę na kompletnego idiotę…
– I ty naprawdę wierzysz w to co mówisz? – Odd pokręcił z niedowierzaniem głową. – Jesteś pewny, że mówimy o tej samej osobie? – Włoch był wyraźnie oburzony.
– To przecież Yumi. – Aelita uśmiechnęła się do niego. – Nie wiem jak w ogóle możesz tak myśleć. Co jak co, ale o jednym mogę cię zapewnić. Yumi jest w tobie zakochana po uszy i na pewno cię nie odrzuci.
Brunet z nadzieją w oczach popatrzył po przyjaciołach. Wszyscy patrzyli na niego lekko zaskoczeni jego zwierzeniem, ale i uśmiechnięci, gdyż udało im się odbudować trochę pewności siebie i nadzieję w przyjacielu.
– No. – Odd wstał, wyciągnąwszy coś z biurka. – Trzymaj i pomyśl jeszcze o tym na spokojnie na świeżym powietrzu. – Blondyn wcisnął Niemcowi w rękę banknot i uśmiechnął się do niego. – Sory za tę ładowarkę… – Przeczesał bezwiednie swoje postawione do pionu włosy. – Tak…wyszło…
– Dobra dobra. – Ulrich spojrzał na niego z ukosa, lecz tym razem z uśmiechem na ustach.
Był o wiele żywszy i pewniejszy siebie. Podszedł do drzwi gotowy do wyjścia.
– Dziękuję. – Odwrócił się jeszcze i spojrzał na każdego po kolei, po czym odprowadzony pożegnaniami wyszedł z pokoju.
Wojownicy popatrzyli po sobie. Na twarzy Jeremiego pojawił się jeszcze większy uśmiech.
– No… To kiedy obstawiacie ślub?
– Bardzo śmieszne. – Aelita uniosła jedną brew i z uśmiechem na twarzy szturchnęła go lekko łokciem. Kuksaniec okazał się jednak na tyle mocny, że Jeremie tracąc równowagę upadł plecami na kołdrę. Trójka wybuchła śmiechem.
– Wiecie… – Odd uniósł do góry jednego palca, jakby próbując ich uciszyć. – Ja mógłbym spytać was o to samo.
Para Einsteinów nagle spoważniała, spojrzała po sobie nawzajem lekko speszona i przeniosła wzrok na wyszczerzonego Włocha. Widząc jego minę nie wytrzymali i pokój ponownie wypełnił się szczerym śmiechem.

* * *

Ulrich włożył ręce w kieszenie swojej ciemnozielonej koszuli i idąc powoli wzdłuż ogrodzenia oddzielającego teren Kadic od miejskiego zgiełku, rozkoszował się ciepłem porannych promieni słonecznych. Nadal analizował rozmowę z przyjaciółmi sprzed kilku minut. Bardzo ucieszyły go słowa Aelity. Dobrze wiedział, że różowowłosa i Yumi często rozmawiają ze sobą i zwierzają się sobie wzajemnie z różnych problemów, również sercowych. Uśmiechnął się do siebie. Jeremie z pewnością miał rację. Trzeba „zebrać się do kupy” i wreszcie wyznać Yumi co do niej czuje…albo uprzedzi go w tym William. Skrzywił się lekko na tę myśl. Upewnił się, że wciąż ma w swojej kieszeni pieniądze na nową ładowarkę i ruszył w stronę poleconego przez Einsteina sklepu elektronicznego.
– Możemy oni faktycznie mają rację? – szepnął do siebie – A może ona nic nie czuje do Williama i to po prostu tylko mi się tak wydaje? – Zastanowił się chwilę mijając kolejną przecznicę. – W takim razie dlaczego tak się ucieszyła na wiadomość o jego powrocie? – Przekrzywił lekko głowę. – Gdyby to była Aelita, to pewnie też bym się cieszył… W końcu to przyjaciele… Może niepotrzebnie się martwię… – odpowiedział sam na swoje pytanie i umilkł.
Podszedł do krawężnika z zamiarem przejścia na drugą stronę jezdni i zaczął czekać aż zapali się zielone światło. W międzyczasie rozejrzał się wokoło i…ku jego zdziwieniu po drugiej stronie ulicy dostrzegł wysoką czarnowłosą dziewczynę. To była Yumi. Nie widziała go. Uważnie ją obserwował. Zdziwiona patrzyła na wyświetlacz swojego telefonu. Widocznie ktoś do niej dzwonił, gdyż po chwili wcisnęła jakiś klawisz i przyłożyła urządzenie do ucha. Kilkukrotnie zadała jakieś krótkie pytanie i ponownie odsunęła od siebie telefon aby spojrzeć na ekran. Powtórzyła tę czynność kilka razy, po czym wzruszając ramionami schowała komórkę z powrotem do kieszeni spodni.
Brunet przemknął ostrożnie na drugą stronę ulicy, kiedy nareszcie światło zmieniło barwę z czerwonej na zieloną. Postanowił skorzystać z tego, że jeszcze go nie zauważyła. Ogarnięty jakimś dziwnym przeczuciem wahał się. Zerknął na zegarek. Miał jeszcze mnóstwo czasu na udanie się do sklepu, a pokusa, aby pójść za tajemniczo zachowujacą się Japonką była ogromna. Był już gotów zrezygnować z irracjonalnego pomysłu, lecz za każdym razem, kiedy chciał odwrócić się i ruszyć w inną stronę, coś go przed tym powstrzymywało. Złe przeczucie narastało. Ponownie wbił dłonie w kieszenie koszuli. Obserwował oddalającą się w kierunku swojego domu czarnowłosą bijąc się z myślami. W końcu niepokój zwyciężył. Chłopak poczekał aż Japonka oddali się na bezpieczną odległość, po czym ostrożnie udał się w ślad za nią. Posuwał się wolno i spokojnie krok za krokiem, uważnie obserwując każdy jej ruch. Każdy mięsień jego ciała był napięty praktycznie do granic możliwości, będąc gotowy do nagłego zwrotu, bądź ukrycia się, gdyby przyszło jej na myśl nagle się odwrócić. „Misję” przerwał mu wibrujący w kieszeni telefon. Ktoś do niego dzwonił. Chłopak zawahał się chwilę, ale w końcu postanowił go zignorować.
– Jeśli to coś ważnego, to na pewno będzie dzwonił jeszcze raz… – mruknął do siebie, nie spuszczając dziewczyny z oka.
Jego serce zaczęło bić szybciej, zupełnie jakby się czegoś bał. Nie potrafił wyjaśnić przyczyny swojego wciąż narastającego niepokoju.

* * *

– Poczekaj Aelita, nie spiesz się tak. – Zatrzymał różowowłosą Jeremie. – Spróbuję jeszcze dodzwonić się do Odda. – dodał.
Oboje stali w wejściu do ogromnej opuszczonej fabryki Renault. Dziewczyna czekała cierpliwie, patrząc na coraz bardziej marszczącego brwi chłopaka.
– No nie… – Oburzył się okularnik. – On też?! Co jest grane?
Spojrzał na ekran komórki i wybrał numer ponownie. Tym razem ku jego zaskoczeniu w słuchawce usłyszał jedynie przeciągły, drażniący uszy pisk i trzeszczenie. Blondyn syknął z bólu.
– Co się stało? –zapytała go zaniepokojona Aelita.
– Nie mam pojęcia… – Einstein spojrzał na nią. – Wygląda na sprzężenie zwrotne… Straciłem sygnał GSM. – dodał pocierając obolałe ucho.
Podbiegli do krawędzi galerii i chwyciwszy liny, zjechali na dół. W międzyczasie Jeremie ponownie wybrał numer Niemca. Po kilku sekundach regularnego sygnału oczekiwania, w słuchawce dał się słyszeć głos lekko poirytowanego bruneta.
– Co jest Jeremie?
– Ulrich nareszcie! – Ton głosu informatyka momentalnie zmienił jego nastawienie. – Sprawa jest poważna. Nasz nowy wróg postanowił się rozerwać. Kiedy szliśmy z Aelitą do fabryki, superskan ogłosił alarm. Ulrich mamy aktywną wieżę! Aelita nie da sobie sama rady, musisz wrócić do fa…– Ściszył głos, kiedy usłyszał dźwięk utraconego połączenia. – …fabryki… – Dokończył odsuwając telefon od ucha i patrząc na ekran.
– Telefon mu się rozładował. – Aelita odpowiedziała na jego pytające spojrzenie. – Mówił przecież, że ma słabą baterię. – dodała, kiedy zrezygnowany okularnik wstukał kod windy.
Maszyna ruszyła w dół. Mina chłopaka wyraźnie zrzedła.
– Nie jest dobrze. – Pokręcił głową. – Coś nie pozwala mi się skontaktować z Oddem, nie ma kontaktu z Ulrichem, zero szans na ściągnięcie Yumi.
Winda dojechała na miejsce i dwójka podeszła do ogromnego monitora.
– Może na tym właśnie polega atak. – Różowowłosa wyjrzała zza fotela blondyna, na monitor główny. – Xana pozbawił nas kontaktu z pozostałymi…
– To nie miałoby sensu. – Jeremie potarł brodę, czekając na wynik superskanu. – Nie rozumiem na co byłoby mu to potrzebne. Nowo otwarte okno wskazało dwójce aktywną wieżę w sektorze pustynnym.
Zapadła cisza.
Aelitę olśniło.
– Bo to nie jest jego główny cel… – Uniosła lekko brwi do góry. – Xana szykuje coś o wiele większego…
Chłopak w bordowej bluzie obrócił się w jej stronę i spojrzał pytająco.
– To…bardzo możliwe.
– Pozbawił nas łączności. Uważa, że nie będziemy ryzykować i nie pójdę sama do Lyoko, żeby dezaktywować wieżę. – Kontynuowała roztrzęsiona. – Czuje się na tyle pewnie, że jest teraz zdolny do wszystkiego. Jeremie musisz wysłać mnie do Lyoko!
Zszokowany informatyk przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Patrzył się na zdesperowaną dziewczynę analizując to, co przed chwilą usłyszał.
– Jeremie? Słyszysz mnie? – Aelita podeszła do niego. – Musisz mnie zwirtualizować!
– Nie mogę tego zrobić. Przecież nie puszczę cię samej! – odmówił – To zbyt niebezpieczne.
– Musisz to zrobić. Inaczej może wydarzyć się coś o wiele gorszego od zwykłych zakłóceń. Nic mi nie będzie. – Położyła swoją dłoń na jego dłoni. – Zaufaj mi… – dodała.
Na twarzy Einsteina pojawiły się drobniutkie kropelki potu. Jego myśli wróciły do odległych czasów, kiedy Aelita udając się do wirtualnego świata sama, zawsze lądowała w mackach Scyfozoi lub w poważnych tarapatach.
„Jeremie, dam ci dobrą radę… Jeśli chcesz żeby twojej Aelicie nic się nie stało, skasuj mnie teraz zanim będzie za późno. Wiedz, że z chwilą kiedy powtórnie przekroczy próg Lyoko już nigdy nie będzie bezpieczna… Nigdy.” – W uszach zadzwoniła mu ponownie tajemnicza przepowiednia, schwytanego zupełnie przez przypadek, dawnego wroga.
Starał się być silny, lecz w jego oczach wbrew jego woli zamigotały drobne łzy.
– Nie mogę tego zrobić Aelita… – Jego głos zadrżał.
Lekko zdziwiona jego zachowaniem dziewczyna spojrzała głęboko, w jego ukryte za szkłami oczy.
– Co się stało? – Zbliżyła się do niego zaniepokojona, dostrzegając łzy na policzkach.
Chłopak spuścił nieznacznie wzrok, kładąc drugą dłoń na jej dłoni.
– To… – Zmagał się ze sobą. – Ja…Ja…Myślę, że powinnaś o czymś wiedzieć. – Spojrzeli sobie nawzajem w oczy.

* * *

– Kiedy szliśmy z Aelitą do fabryki, superskan ogłosił alarm. Ulrich mamy aktyw… – Głos Jeremiego zginął w nagłej fali szumu i zakłóceń, aż w końcu ucichł na dobre.
– Halo? – Ulrich nawoływał przyjaciela. – Halo? – Spojrzał na ekran swojego telefonu.
Był czarny.
– No nie…nie teraz… – Zacisnął zęby w akcie bezsilności. – Zatłukę cię Odd… – wycedził jeszcze.
Spojrzał ponownie przed siebie. Czarnowłosa Japonka stała przed kolejnym skrzyżowaniem i grzebała w kieszeni. Była wyraźnie czymś poirytowana.
– Na pewno chodziło mu o aktywną wieżę. – Skrzywił się brunet. – Oby sobie poradzili…pewnie Odd jest już w drodze do fabryki. Ten Xana to nowicjusz. – Pocieszył się. – Może nawet nie wie do czego służą wieże. – Uśmiechnął się pod nosem.
Znajdująca się około 50 metrów przed nim dziewczyna ponownie podniosła do ucha komórkę. Nawołując kogoś zatrzymała się przy krawężniku. Jej rozmówca najwyraźniej nie odpowiadał.
– Co tam się… – Zaczął brunet, lecz momentalnie urwał.
Główną ulicą prosto w stronę dziewczyny, z ogromną prędkością mkneła osobówka. Dzięki niewielkiej odległości jaka ich w tej chwili dzieliła, mógł jej się dokładnie przyjrzeć.
W tej chwili cały jego niewyjaśniony niepokój osiągnął punkt krytyczny. Nogi się pod nim ugieły, kiedy przerażony nie dostrzegł nikogo za kierownicą pojazdu. Z piskiem opon auto wykonało gwałtowny zwrot, pędząc teraz prosto w stronę dziewczyny, wciąż nerwowo obserwującej wyświetlacz swojej komórki.
Podczas ostrego zakrętu, samochód przez dosłownie ułamek sekundy oświetlił chłopaka swoimi reflektorami, posyłając ku niemu mrożący krew w żyłach sygnał.
– Xana… – Chłopak był całkiem sparaliżowany przez strach. – W reflektorach jest znak Xany…
Niemiec błyskawicznie zerwał się do szaleńczego biegu. Rozpoczął z góry przesądzony, rozpaczliwy wyścig z czasem
Wyścig o śmierć i życie jego ukochanej, która nadal nie była świadoma grożącego jej niebezpieczeństwa.
Xana widząc nadbiegającego chłopaka, przyspieszył swoją machinę. Szanse Wojownika diametralnie zmalały.
Yumi słysząc zbliżający się szybko warkot silnika, podniosła wzrok znad swojej komórki, a widząc pędzący prosto na nią samochód zamarła z przerażeniem na twarzy. Pojazd przeszył jej oczy symbolami wroga, jak gdyby już triumfował swoje zwycięstwo.
Ulrich ciężko dysząc wykonał kilka ostatnich potężnych susów.
– Yumi, nie! – Krzyknął jeszcze rzucając się w stronę zupełnie zdezorientowanej dziewczyny.
Rozległ się huk, wzmocniony przez przeraźliwy pisk opon.
Powietrze przeszył odgłos tłuczonego szkła, oraz krzyki kilkunastu ulicznych przechodniów, będących świadkami wydarzenia.

* * *

Lekko zaskoczona opowieścią Jeremiego, Aelita milczała chwilę.
– Wiesz, że to wcale nie musi być prawda… – Odezwała się wreszcie. – Chciał cię nastraszyć. – Starała się go przekonać.
– Boję się o ciebie. – Chłopak był jakby bledszy niż zwykle.
– Zastanów się. Przecież prędzej czy później i tak będę musiała wejść do Lyoko. Xana 2.0 szybko się uczy. Jeśli aktywował jedną wieżę, będzie aktywował następne. Oboje wiemy, że tylko ja jestem w stanie je dezaktywować. Musisz mi zaufać. – Dziewczyna przyspieszyła. – Jeremie nie mamy czasu!
Chłopak zacisnął zęby.
Nagle z głośników superkomputera rozległo się znajome wołanie.
– Jeremie? Jesteś tam?!
Wyraźnie uradowany chłopak założył słuchawkę na ucho. Aelita podeszła do monitora.
– William! – Einstein spojrzał na okienko z awatarem nastolatka. – Jesteśmy razem z Aelitą.
– Jeremie, wydaje mi się, że mamy tu mały problem… Mam w zasięgu wzroku aktywną wieżę. Wszystko u was w porządku?
Para spojrzała na siebie.
– Nie zupełnie… – Odpowiedział blondyn.
– Xana zablokował nam sygnał GSM. – Dodała Aelita. – Nie mamy żadnego kontaktu z resztą. Nie wiemy też do czego Xana chce użyć wieży. – Wstrząsnął nią dreszcz.
– Co się dzieje? – Zaniepokojony informatyk od razu zauważył jej zachowanie.
– Nie…nie wiem… – Dziewczyna jąkała się. – Tak jakbym coś wyczuła…
Chłopak patrzył na nią podejrzliwie.
– William jest w Lyoko. – Zmieniła temat.
Jeremie uniósł brew.
– No…tak… Ale dlaczego ta… – Nie dokończył, kiedy przerwała mu różowowłosa.
– On może mnie osłaniać w drodze do wieży.
Okularnik zastanowił się chwilę.
– Ostatnim razem, kiedy razem z Williamem…
– Jeremie proszę cię! – Zdenerwowała się zielonooka.
Chłopak aż podskoczył zaskoczony jej nagłym wybuchem.
– Coś słyszę, że atmosfera u was jest dość napięta… – Podsumował ich czarnowłosy.
Blondyn mimowolnie zerknął na ekran.
– William…czekaj. Dokąd biegniesz?!
– Jest źle Jeremie! Można powiedzieć, że Xana zdradził mi właśnie co zamierza. Yumi i Ulrich są w ogromnym niebezpieczeństwie! Wieża nie jest osłonięta… „Dwójka” nie zna się jeszcze na potworach.
– Co chcesz zrobić?! – Aelita pochyliła się w stronę interfejsu. – Nie dasz rady przecież dezaktywować wieży! Zaraz tam będę!
– Nie trzeba… – Wycedził tylko przez zaciśnięte zęby. – Zostało już za mało czasu. – Dodał unosząc swoją żyletę wysoko nad głowę.
– William co ty wyprawiasz?! – Krzyknął za nim Jeremie.
– Ratuję ich! – Krzyknął Dunbar, a jego ostrze z ogromną prędkością opadło na łączące wieżę z Lyoko, potężne przewody.
Nastąpił nagły błysk i czerwona łuna otaczającą biały słup momentalnie zniknęła.

* * *

Leżąca na asfalcie Japonka powoli zacisnęła jedną dłoń w pięść. Szybko jednak z tego zrezygnowała, czując przeszywający ból. Uniosła lekko głowę, próbując zrozumieć to, co się właśnie stało. Pierwszą rzeczą, którą dojrzała, była ogromna ilość porozrzucanego wszędzie plastiku i tłuczonego szkła. Czując nagły przypływ energii odważyła się stanąć na nogach. Sycząc z przeraźliwego bólu rozejrzała się wokoło.
– Ulrich? – Wydyszała cicho.
Nie mogła uwierzyć w to, co przed chwilą zaszło.
Pisk opon.
Pędzący samochód…
Krzyk, krzyk Ulricha.
Uderzenie i ból.
Nagle go dojrzała. Leżał na boku niedaleko niej. Sekundę później była już przy nim.
– Ulrich! – Uklękneła koło niego. – Ulrich słyszysz mnie?! – Dotknęła ostrożnie jego barku.
Chłopak kaszlnął kilka razy i otworzywszy ostrożnie oczy spojrzał na nią. W oczy Japonki od razu rzuciła się pokrywająca jego twarz krew.
– Yumi? Nic ci nie jest? – Zapytał cicho.
– Nic… – Pokręciła przecząco głową. – Wstawaj, musimy stąd uciekać! To Xana!
Jak na komendę skierowali głowy w tę samą stronę, kiedy do ich uszu dobiegła ponowna praca silnika.
Samochód po raz kolejny ustawił się kilkanaście metrów dalej, gotowy do szarży prosto na nich. Potężny silnik ryknął niczym dzikie zwierzę i samochód z piskiem ruszył w ich kierunku. Reflektory błysnęły symbolem wrogiego programu.
Dwójka nie miała najmniejszych szans na ucieczkę.
Zdesperowany brunet błyskawicznie uniósł się na jednej ręce i w towarzystwie przenikliwego bólu osłonił własnym ciałem przerażoną dziewczynę.
Oboje stracili już wszelką nadzieję, kiedy nagle oślepiające ich światła zgasły, a auto zaczęło zwalniać. Unieśli przerażone spojrzenia obserwując zatrzymujący się przed nimi pojazd.
Niemcowi wyraźnie ulżyło.
– Udało im się… – Powiedział jeszcze do Yumi z uśmiechem i stracił przytomność.
– Ulrich?! – Dziewczyna potrząsnęła nim lekko.
Uśmiechnęła się, patrząc na jego oddaną twarz.
Nie mogła uwierzyć w to, że szedł tu za nią przez cały czas. Był niczym anioł stróż, zawsze czuwający nad jej bezpieczeństwem. Jej serce zabiło szybciej.
Delikatnie pochyliła się nad nim i pocałowała w usta.
– Dziękuję… – Wyszeptała jeszcze, po czym wyjęła swoją komórkę i wybrała numer Jeremiego.
– Jeremie? – Zaczęła słysząc przyjaciela w słuchawce. – Tak nic mi nie jest…ale Ulrich jest nieprzytomny. Włącz powrót do przeszłości. – Poczekała aż blondyn się rozłączy, po czym odłożyła telefon na asfalt.
Podbiegł do nich jeden ze świadków.
– Nic wam nie jest?! – Pytał cały rostrzęsiony. – Poczekajcie, zaraz wezwę karetkę!
– Myślę, że to nie będzie konieczne. – Odpowiedziała mu uśmiechnięta Japonka, widząc zbliżającą się z ogromną prędkością białą falę światła.

* * *

– William! Jak dobrze cię widzieć! – Uradowani: Odd i Yumi, podbiegli do czekającego już na nich razem z Jeremiem i Aelitą nastolatka.
– Jeszcze żyję. – Mrugnął do przyjaciół. – Xana nie złamie mnie drugi raz.
Stojący do tej pory na uboczu Ulrich pozdrowił szatyna porządnym uściskiem dłoni.
– Będzie z ciebie jeszcze Wojownik. – Dodał.
– Opowiadajcie lepiej co tam się działo? – Zaciekawiony Jeremie wstał że swojego fotela i razem z różowowłosą podszedł do pozostałych.
Ulrich i Yumi spojrzeli na siebie.
– Xana opętał osobówkę i zasadził się na Yumi.
– Chciał mnie potrącić… – Przytaknęła Japonka. – Domyśliłam się, że coś jest nie tak, kiedy dostałam głuchy telefon i tuż przed wypadkiem dokładnie taki sam, jak ten od moich rodziców.
– Chciał cię tam ściągnąć… A kiedy mu się to udało, starał przytrzymać cię w jednym miejscu. – Podsumowała Aelita.
Yumi przytaknęła.
– Na szczęście był tam też Ulrich. Uratował mnie. – Dziewczyna spojrzała na niego czule, na co ten zakłopotany spuścił wzrok.
– A potem wy w ostatniej chwili dezakywowaliście wieżę. – Niemiec zwrócił się w stronę Aelity.
– Tak się składa…że to nie ja to zrobiłam… – Wyznała różowowłosa.
Brwi nowo przybyłej trójki powędrowały w górę.
– Co..? – Yumi nie dowierzała. – Ale…jak w takim razie…
Oczy pary Einsteinów zwróciły się w kierunku Williama.
– Ja to zrobiłem. – Czarnowłosy skinął głową. – Przeciąłem kable łączące wieżę z Lyoko.
Zaskoczeni Wojownicy popatrzyli po sobie nawzajem.
– Dziękuję William… – Wyszeptała Japonka.
Odpowiedział jej uśmiechem.
Zapadła chwilowa cisza.
– Hmmm… A co to za niespodzianka, którą chcieliście nam dzisiaj pokazać? – Odd postanowił zmienić temat.
Tym razem to Jeremie i Aelita popatrzyli po sobie.
– Niestety…ale Xana pokrzyżował nam trochę plany… – Zaczął tłumaczyć się Blondyn.
– Nie zdążyliśmy jej jeszcze skończyć. – Dokończyła dziewczyna.
– Jak nie dziś to kiedy indziej. – Uśmiechnął się do nich Niemiec.
– Ten cały Xana 2.0 coraz mocniej mi podpada… – Zażartował Della Robbia.
William rozejrzał się.
– Xana…2.0… – Powtórzył za nim. Skąd on się w ogóle wziął? Jest coś, o czym jeszcze nie wiem?
– Nie wiesz jeszcze o wielu rzeczach Will… – Odpowiedziała mu Aelita z uśmiechem.
– W takim razie szykuje nam się popołudnie pełne opowieści. – Podsumowała Yumi rozsiadając się w ślad za innymi na podstawie holosfery.
———————————————

No i nareszcie udało mi się napisać nowy – jak się okazało dość obszerny rozdział 18. „Xany 3.0″ ;D
Mam nadzieję, że wybaczycie mi tak długą przerwę w pisaniu…ale czasem trzeba ;/

Rozdział 17 „Pułapka”

*William*

Gwałtownie otworzyłem oczy krztusząc się i z trudem łapiąc oddech. Ku mojemu zaskoczeniu wszędzie wokół panował nieprzenikniony mrok. Leżałem na boku, w jakimś pogrążonym w ciemności, zimnym pomieszczeniu. Pod sobą czułem tylko twarde i zimne podłoże, najprawdopodobniej beton. Podparłem się jedną ręką, unosząc lekko głowę. Odpowiedział mi ogromny ból, towarzyszący każdemu najmniejszemu ruchowi. Wziąłem głęboki oddech i powoli wypuściłem powietrze z płuc. Z moich ust wydobywa się biała para. Ostrożnie wstałem i niepewnie się rozglądając, stanąłem na nogach. Wyciągnąłem przed siebie obie dłonie, próbując je dojrzeć. Jedyne co udało mi się wypatrzeć to ich słabe zarysy. Moje oczy dopiero przyzwyczajały się do ciemności.
- Jest tu kto?!- Krzyknąłem w pustkę.
Moją odpowiedzią była jedynie głucha, wręcz bolesna cisza.
Gwałtownie odwróciłem się do tyłu, kiedy usłyszałem za sobą delikatne kroki. Momentalnie ucichły. Wiedziałem jednak, że nie jestem tu sam.
- Wiem, że ktoś tu jest! – Zmrużyłem oczy i lekko cofnąłem się do tyłu. – Kim jesteś?! Gdzie jestem?! Wyłaź!
Teraz wyraźnie słyszałem już czyjś ciężki i powolny oddech.
- Czy to ważne? Gdziekolwiek jesteś i tak nie masz szans aby się stąd wydostać… – Donośny, dziwnie zmodyfikowany głos, rozniósł się echem po wypełnionym brakiem światła miejscu.
Odniosłem wrażenie, jakby dochodził on ze wszystkich stron naraz. Rozejrzałem się nerwowo.
- Kim jesteś?!
Tajemnicza istota zachichotała szyderczo.
- Wydaje mi się, że znasz mnie już dość dobrze.
Uniosłem brwi zaskoczony.
- Xana… – Powiedziałem prawie niesłyszalnie.
- Xana 2.0 dokładniej. – Odparł program. – Powinieneś się był już do mnie przyzwyczaić. Nie myślałeś chyba, że ci odpuszczę..?
- Zostaw mnie w spokoju… – Wycedziłem przez zęby.
- Już dawno sobie ciebie upatrzyłem. Nie mogłem przeboleć kolosalnego błędu, jaki popełnił mój nędzny poprzednik…
- Jeśli myślisz, że będę znów ci służył, to jesteś w dużym błędzie. – Zmarszczyłem brwi.
- Nie… Nie popełnię tego błędu. Nie potrzebuję cię… – Teraz miałem wrażenie, że jest dokładnie nade mną. – W tym umyśle jest miejsce tylko dla jednego z nas.
Zaskoczony pokręciłem przecząco głową. Nie wierzyłem w to co słyszę.
- Potrzebuję tylko i wyłącznie twojego ciała. – Program zaśmiał się wywołując u mnie dreszcze.
Ruszyłem biegiem przed siebie, szybko oddychając.
- Głupcze… – Usłyszałem śmiech wszędzie wokół. – Nie możesz stąd uciec. To ja trzymam teraz pieczę nad tym miejscem.
W towarzystwie ogromnego bólu wpadłem na pojawiającą się nie wiadomo skąd betonową ścianę. Moje ciało sparaliżował niewyobrażalny ból. Upadłem czując, jak po mojej twarzy spływa coś ciepłego. Przez panującą wokół ciemność, nie mogłem jednak niczego zobaczyć. Zebrałem siły i ruszyłem w zupełnie innym kierunku. Biegłem ile sił w nogach, nie przejmując się posmakiem żelaza w ustach, jaki pozostawiała po sobie spływająca po mej twarzy krew. Po przebyciu kilkunastu metrów po raz kolejny napotkałem na swojej drodze mur. Zacząłem iść wzdłuż niego, szybko przekonując się o braku jego końca.
- Jeszcze trochę i wyświadczysz mi ogromną przysługę. Jak tak dalej pójdzie, to sam się wykończysz. – Wokoło znów rozległ się upiorny chichot. – Nie możesz się stąd wydostać. Teraz twój umysł należy do mnie…
Zacisnąłem zęby i dłonie. Milczałem. Próbowałem się skupić.
- Mylisz się… – Odparłem w końcu.
Po mojej prawej stronie w odpowiedzi zaświeciły się dwa czerwone punkty.
- Nie masz tu żadnej władzy. – Czerwone punkty rzuciły się na mnie, okazując się oczami jakiejś czarnej, czworonożnej bestii.
Zaskoczony odskoczyłem szybko w bok.
- Spójrz tylko…jesteś taki żałosny… – Kontynuował program z politowaniem w głosie, kiedy bestia ponawiając atak powaliła mnie na ziemię.
Czułem nad sobą jej oddech, oczami wyobraźni dostrzegałem błyskające w wyimaginowanym świetle rzędy kłów.
- Już nic nie możesz zrobić. – Kły wbiły się w moją rękę, a czerwone ślepia świdrowały mnie swoją bezdusznością. Pazury stwora zaczęły szarpać moje ciało. Otworzyłem usta w niemym krzyku. Nie wydałem z siebie jednak żadnego dźwięku. Zamknąłem oczy i uśmiechnąłem się.
Potwór nagle przestał mnie atakować i wyczuwając, że coś jest nie tak, zaczął się wycofywać. Rany na moim ciele zaczęły się goić, krzepnąca już krew znikała, a ja nabierałem sił. Wstałem i czując ogromną siłę znów podszedłem do muru.
Potwór przypuścił atak i wyciągając mocno swoje łapy do przodu, biegł w moją stronę.
- Musisz się jeszcze wiele nauczyć Xana. – Wyprostowałem się i skupiłem wzrok na stworze. – Czy naprawdę myślisz, że zdołasz pokonać mnie moją własną wyobraźnią?
Bestia momentalnie zaczęła zwijać się z bólu i dziwnie dygotać. Zacisnąłem jedną dłoń w pięść, sprawiając, że potwór zmieniając się w świetlistą wstęgę, rozpłynęła się w powietrzu.
- Może i nie jestem w stanie cię pokonać… – Wysyczał nienawistnie. – …ale nie pozwolę ci się stąd wydostać. Nie masz pojęcia o mojej sile.
Zmrużyłem oczy ponownie odwracając się w stronę ściany.
- To ty nie masz w ogóle pojęcia o mojej sile! – Dotknąłem ściany i mocno się skupiłem. – Nie doceniasz nas Xana. Nie dam ci się tak po prostu usunąć. Żadne z nas ci się nie da! Nie tym razem.
Ściana zaczęła pękać, a otoczenie rozjaśniać się.
- Zostałeś zupełnie sam. Nikt ci już nie pomoże William. Twoi przyjaciele już ci nie ufają…
Czułem jak Xana odbierając mi pewność siebie, pozbawia mnie energii. Światło lekko przygasło.
- Nie… – Broniłem się.
- Wiemy oboje, że już cię nie potrzebują. Przypomnij sobie…
- To…to nie prawda…
- Nie wpuścili cię do Lyoko podczas ostatecznej bitwy…
- Argh… – Kręcąc przecząco głową, upadłem na ziemię.
- Nie pozwolili ci uczestniczyć w wyłączeniu superkomputera… Nie było cię tam.
- Przestań…
Ciemność znów zaczęła otaczać wszystko wokół.
- Nie ufają ci. Nie jesteś im do niczego potrzebny. Nie zależy im na tobie.
Powrócił ból. Z trudem mogłem w ogóle się poruszyć.
- Nie masz i nigdy nie miałeś żadnych przyjaciół.
- Mylisz się… – Uniosłem głowę.
W oddali, w głębi tej ciemnej otchłani, widziałem niewielkie światełko.
Widziałem drobny świetlisty punkt.
Nadzieję.
Podniosłem się i ciężko oddychając, zebrałem ponownie wszystkie siły.
- Co robisz?! Poddaj się głupcze! Nic już nie możesz zdziałać.
- Mam przyjaciół… Nie jestem sam…
Ponownie oparłem dłonie na zimnym murze.
- I oni mi pomogą!
Kamienna ściana momentalnie rozpadła się z hukiem, a towarzyszący temu rozbłysk oślepił mnie, pochłaniając wszystko wokół.

* * *

- Co to było?! – Ulrich wyjrzał przez ramiona Jeremy’ego i Aelity, wskazując na monitor superkomputera.
Przez chwilę na ekranie pojawiały się drobne zakłócenia. Po chwili otworzyło się również okno z superskanem.
- Nie mam zielonego pojęcia… – Jeremy zaczął klepać szybko w klawiaturę. – Superskan już szuka jakiejś aktywności.
- Jeremy patrz! – Aelita pokazała mapę sektora pustynnego.
- William?! – Blondyn wbił wzrok w ekran.
- Superskan ma odczyt. – Kontynuowała różowowłosa. – Słuchajcie, on się wyrwał! Wyrwał się spod kontroli Xany! On walczy!
Informatyk nie czekał długo i momentalnie zaczął wstukiwać kolejne komendy.
- Co robisz?! – Ulrich starał się nadążyć za sytuacją.
- Spróbuję mu pomóc. Einstein spojrzał na niego. – Mamy szansę go odzyskać!
- Ale jak chcesz to zrobić? – Niemiec uniósł brwi.
- Pamiętacie opętanie Aelity w sektorze leśnym?
Ulrich i Aelita spojrzeli na siebie, na wspomnienie podstępu Xany.
Olśniło ich.
- Zakłócenia! – Aelita uśmiechnęła się. – Jeremy jesteś genialny!
Okularnik uśmiechnął się pod nosem. Wcisnął enter. Wszystkie kontrolki i ekran zgasły. Przez kilka sekund nic się nie działo.
- Myślisz, że jest szansa na to, że uda się po raz drugi? – Zaniepokoił się brunet.
Jeremy myślał nad czymś chwilę.
- Za chwilę się przekonamy… – Wyciągnął się w fotelu i odruchowo poprawił swój gips.
Na monitorze pojawił się pasek ładowania, który stopniowo wypełniał się niebieskim kolorem. Ponownie wystartowała holosfera, a na ekranie znów pojawiły się wszystkie okienka.
Przyjaciele uważnie wpatrzyli się w główny monitor.
- Jeremy? Jeremy?! – Dało się słyszeć wołanie wyraźnie zdezorientowanego Williama. – Jesteś tam?
- William! – Wojownicy wykrzyknęli chórem, uradowani.
- Wiedziałem, że mi pomożecie! – Czarnowłosy był wyraźnie szczęśliwy.
- Nigdy nie zostawimy swojego na polu bitwy. – Jeremy poprawił okulary. Widać było, że ulżyło mu.
- Musicie się pospieszyć… Zdewirtualizuj mnie. Zaraz Xana prześle mi tu „potworną” niespodziankę!
Belpois milczał, wprowadzając linijki kodów.
Aelita spojrzała się na niego.
- Coś jest nie tak?
- Jest jakiś problem… Nie mogę go zdewirtualizować.
- Że co? – William zaniepokoił się.
- Xana mi cię blokuje! – Oburzony uderzył ręką w podłokietnik. – Drań… William, musisz się gdzieś schować.
- Schować?! Niby gdzie?!
- Sprawdź wieżę. Dopiero wyrwałeś się Xanie, powinna cię wpuścić.
- W porządku. – Przez chwilę panowała cisza. – Ile ci to zajmie?
- Spróbuj wytrzymać do jutra rana… – Blondyn spojrzał na dwójkę przyjaciół. – Postaram się coś wymyślić.
Okienko zgasło, a francuz zdjął słuchawkę z ucha.
- Na szczęście go mamy. – Ulrich poklepał go po ramieniu.
- Mamy i nie mamy… – Nie wiadomo czy do jutra Xana znów nie położy na nim swojej łapy.
- Nie martw się… Jeśli będziesz potrzebował pomocy, zawsze możesz na mnie liczyć. – Aelita uśmiechnęła się do niego.
Jeremy odwzajemnił uśmiech.
- Nie dołuj się Einstein. Ten Xana może i jest silniejszy niż jego poprzednik, ale jest nowicjuszem i na dobrą sprawę nie ma jeszcze żadnego doświadczenia. – Brunet puścił do niego oko.
Informatyk pokiwał głową.
- Nie martw się William… Jutro będziesz znów tu z nami.
—————————–

Jest oto i rozdział 17 ;D Zauważyłam, że ostatnio spadła mi liczba czytelników…albo tych, którzy zostawiają komentarze ;( No ale cóż…mówi się trudno i idzie się dalej ;) Pozdrawiam wszystkich fanów Code Lyoko! Zapraszam do odwiedzin mojego FanPage’a na Facebooku! Link w jest podany na prawym marginesie bloga ;D

Rozdział 16 „Szakal”

* Aelita *

Coś nas goniło. Wydający się nam całkowicie bezpiecznym pustynny sektor okazał się śmiertelną pułapką.
Dyszeliśmy zmęczeni, biegnąc przed siebie i co chwila oglądając się przez ramię do tyłu.
Tajemnicze stworzenie śmignęło gdzieś obok mnie, przez co instynktownie odskoczyłam w bok. Za sobą usłyszeliśmy wyraźny tupot kolejnych stworów.
- Jeremy! Śpisz tam czy co?! – Pieklił się Ulrich.
Natychmiast otrzymał odpowiedź.
- Jestem tutaj… Pracuję nad tym. – W jego głosie dało się  słyszeć poddenerwowanie. – Spróbuję was zmaterializować.
- Musisz się pospieszyć! – Sapnął Odd.
- Jeremy, co to jest?! – Zawołałam ze strachem w głosie.
- Nie mam pojęcia… – Usłyszałam tylko. – To jakieś nowe potwory…
- Ile ich jest?! – Spytała go Yumi.
Blondyn odpowiedział jej po niewielkiej przerwie.
- Cztery. – Zawahał się. – Nie…chwila…nadbiega piąty! Uważajcie otaczają was!
Zatrzymaliśmy się gwałtownie, kiedy jeden ze stworów nagle znalazł się przed nami.
Wyglądem najbardziej zbliżony był do szakala.
Cztery mocne i zakończone pazurami, dość długie łapy, pewnie utrzymywały potwora w stabilnej pozycji.
Wystające z tyłu głowy uszy, skierowane miał do tyłu.
Na miejscu oczu udało mi się zauważyć tylko znaki Xany.
Świdrował swoje ofiary pustym i nieodgadnionym wzrokiem.
Od razu w oczy rzucił nam się jego długi, zakończony czymś w rodzaju pędzla ogon.
Potwór zlustrował nas wysuwając swoje pazury. Z obu stron zaczęła zachodzić nas pozostała czwórka.
- Jeremy? – Jęknęłam przerażona, tak jak reszta ustawiając się plecami do pozostałych.
- Mam problem… – Głos Jeremy’ego wyraźnie drżał. – Nic nie rozumiem…nie mogę was zdewirtualizować! – Był przerażony. – To jakiś wirus!
Pomimo ogarniającego nas strachu przygotowaliśmy się do obrony.
Urlich szybko wyciągnął przed siebie swoje katany, wykonując nimi przy tym kilka machnięć. Odd naładował laserową strzałę i przybrał pozycję do strzału. Yumi zręcznie przygotowała swoje wachlarze.
Pomimo lekkiego zdezorientowania, ja również wyciągnąwszy przed siebie lekko prawą dłoń wytworzyłam pole energii.
Pierwszy szakal bez żadnego ostrzeżenia momentalnie wyskoczył do góry. Kilka sekund później zrozumieliśmy czemu miało to służyć.
Przeleciwszy nad naszymi głowami, odwrócił naszą uwagę od swoich towarzyszy. Kiedy zrozumieliśmy swój błąd, było już za późno. Usłyszeliśmy krzyk Urlicha.
Jeden z szakali rzucił się na niego i chwytając mocnymi szczękami za jego kostkę, odciągnął go z dala od nas.
- Aelita uważaj! – Z obserwowania prób walki samuraja wyrwał mnie krzyk Yumi, której wachlarz w ostatniej chwili ocalił mnie przed pazurami rzucającego się na mnie stwora.
Potwór nie ucierpiał. Broń Japonki odrzuciła go tylko z dala ode mnie, odbijając się od jego boku.
Szybko uniosłam rękę wyżej i wymierzyłam w niego kulą różowej materii. Chybiłam.
Zwierzę potrząsneło swoim podłużnym łbem i pognało w stronę czarnowłosej.
Nie mogłam uwierzyć w to co się tu dzieje.
Poszukałam wzrokiem Odda i po chwili odnalazłam go próbującego się podnieść po nieustannych atakach jednego z potworów.
Urlich, odizolowany od nas znaczną odległością, po kilkunastu nieudanych próbach trafienia przeciwnika, użył supersprintu próbując dostać się na jedną ze skał. Stwór już po chwili znajdował się przy nim i wykonując potężny sus uderzył w bok samuraja. Brunet zgodnie z oczekiwaniem Xany stracił równowagę. Nie mając w zasięgu ręki żadnego punktu zaczepienia, zawisnął na krawędzi sektora.
- Urlich! – Zawołali jednocześnie Yumi i Jeremy.
Japonka błyskawicznie zerwała się do biegu na pomoc, zauważył to również jeden z szakali momentalnie rzucając się w pościg.
Wyciągając rytmicznie silne łapy w zastraszającym tempie zbliżał się do czarnowłosej, gotowy do skoku na jej plecy.
Wyciągnęłam rękę do przodu i najszybciej jak potrafiłam utworzyłam pole energii. Z szybko bijącym sercem wycelowałam w przeciwnika i…coś mocno pchnęło mnie w bok. Upadłam na plecy posyłając różową kulę w niebo. Nim zdążyłam w ogóle dobrze zrozumieć co się stało, czy choćby dostrzec przeciwnika, poczułam jak coś bardzo mocno łapie mnie za nadgarstek i ciągnie w stronę krańca sektora.
Nie miałam pojęcia co dzieje się z pozostałymi. Lekko ogłuszona słyszałam tylko przerażonego Jeremy’ego, który coś do nas krzyczał. Nie wiem co.
Kiedy tylko odzyskałam świadomość, spojrzałam w stronę nadgarstka, a widząc tam jednego z szakali spróbowałam szybko się podnieść. Stwór nie miał zamiaru mnie puścić. Uparcie ciągnął mnie w stronę krawędzi.
Nagle jakimś cudem udało mi się mu wyszarpnąć. Zerwałam się na równe nogi tuż przed samym brzegiem lądu i bez zastanowienia przejechałam dłonią po bransoletce. Machnęłam mocno pojawiającymi się skrzydłami, odrywając od ziemi.
Moja ucieczka nie trwała jednak długo. Po nie całej sekundzie poczułam piątego potwora na swoich plecach. Wbił we mnie swoje ostre pazury, zrzucając tym samym na ziemię…a dokładniej tuż za jej krawędź. Zaczęłam spadać w dół, prosto do cyfrowego morza. Widziałam nad sobą dwa wyglądające zza brzegu sektora stwory. Bacznie mnie obserwowały. Spróbowałam po raz kolejny uruchomić skrzydła. Momentalnie dostałam odpowiedź od Xany, kiedy jeden z potworów skoczył za mną. Trafił bezbłędnie i spadł na mnie, zanim moje skrzydła się zmaterializowały. Wbił swoje szpony w moje ciało i przyspieszył swoim ciężarem mój upadek.
Dojrzałam jeszcze trzy sylwetki, również spadające w stronę cyfrowej tafli. Z moich oczu spłynęły łzy. Nastąpiła ostatnia wymiana ognia. Odd i Yumi próbowali trafić nas i siebie nawzajem przed upadkiem do morza. Za wszelką cenę starali się uratować materializacją choć jedno z nas. Mnie również minęło kilka laserowych strzał. Byłam jednak zbyt od nich oddalona, a dociążający mnie szakal przyspieszał mój lot.
Na chwilę przed dotknięciem powierzchni „wody” usłyszałam jeszcze jęk Jeremy’ego i donośny śmiech… Śmiech Xany…Xany 2.0

*

Siedząca nad zeszytem od matematyki Aelita, zawzięcie coś w nim rysowała.
Zaciekawiony zachowaniem różowowłosej Jeremy, obserwował ją podejrzliwie. Uniósł brwi kiedy spod jej włosów na kartkę skapnęły jedna za drugą dwie łzy. Już miał się jej zapytać co się dzieje, kiedy przeszkodziła mu w tym nauczycielka.
- Aelita, zadałam ci pytanie. – Zniecierpliwiona pani Meyer podniosła głos.
Dziewczyna ocknęła się z dziwnego letargu i wycierając pospiesznie rękawem wilgotne oczy uniosła głowę.
- Przepraszam…ja ja nie usłyszałam. – Zająknęła się.
- Ostrzegam cię Stones. – Nauczycielka pokręciła głową. – Następnym razem będę musiała postawić ci adekwatną do odpowiedzi ocenę.
-  Przepraszam pani profesor… To się nie powtórzy. – Spuściła głowę i wbiła zaskoczona wzrok w widniejący w jej zeszycie rysunek.
Nagle poczuła pod ławką, jak Jeremy kładzie na jej dłoni swoją.
- Wszystko w porządku?
Różowowłosa po chwili namysłu pokręciła przecząco głową.
- Niestety nie… – Spojrzała mu w oczy.

                                                            * * *

- Natrętne Milly i Tamiya? Uwierzcie mi, to jeszcze nic! – Odd wskoczył na zajmowaną właśnie przez przyjaciół ławkę na dziedzińcu.
- Co może być niezwyklejszego? – Droczył się z nim Urlich. – Pani Hertz odwzajemniła uczucie Jima?
Przyjaciele wybuchli śmiechem.
- Nieeeee – Odd kontynuował. – Chociaż nie ukrywam, że byłoby ciekawie.
- Opowiadaj. – Uśmiechnęła się Yumi.
- Sissi. – Popatrzył po twarzach pozostałych.
Spojrzeli się po sobie nawzajem, nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi.
- Umówiła się z tobą? – Jeremy uniósł jedną brew.
- No co ty… – Na twarzy blondyna pojawiło się coś w rodzaju rozczarowania. – Na to nawet bym nie liczył. Podeszła do mnie i podpytała co u mnie słychać.
Na twarzach przyjaciół wymalowało się lekkie zaskoczenie.
- Nie było w tym jakiegoś podtekstu? – Urlich nie dowierzał.
- No właśnie nie. – Odd sam był w szoku.
- Tak sama z siebie?
- Założyła się z kimś?
- Może tam była ukryta kamera?
Każdy zaczął zarzucać go setkami pytań.
- Tak, nie i nie. – Odparł, po kolei wskazując kolejne osoby, na których pytania odpowiadał.
- Tego dnia po ostatnim powrocie do przeszłości ona nie żartowała. – Dodała Aelita. – Naprawdę została naszą przyjaciółką.
- To prawda. Zmieniła się diametralnie. – Jeremy pokiwał głową. – Musimy jednak na nią uważać, bo skończy się to tak jak zawsze.
- Jeremy ma rację. – Urlich popatrzył na resztę. – Pamiętajcie, że za każdym razem kiedy mieszaliśmy w Lyoko Sissi, sprawa prawie lądowała na policji. W tej kwestii niestety nie możemy jej zaufać.
- A gdybyśmy jakimś cudem byli do tego zmuszeni?
Wszyscy zaskoczeni spojrzeli na zastanawiajacą się nad tym Japonkę.
- Co masz na myśli? – Odd zachęcił ją do rozwinięcia swojej wątpliwości.
- Zobaczcie, czasy dawnego Xany minęły. Teraz mamy na głowie o wiele większy problem. Znowu straciliśmy Williama, jeśli któremuś z nas coś się stanie, reszta nie da sobie rady…
- Owszem ale jeśli wyślemy do Lyoko Sissi, to prawie na pewno przyjdzie po nią Scyfozoa i pach! Już jesteśmy ugotowani. – Della Robbia skrzyżował ręce.
Zapadła cisza.
- To będzie o wiele trudniejszy problem, niż nam się wydaje… – Einstein podparł dłonią brodę. – Ej właśnie! Aelita miałaś mi powiedzieć o tym co stało się na matematyce.

image

Dziewczyna uniosła lekko głowę.
- Faktycznie… – Zaczęła grzebać w swojej torbie.
Yumi popatrzyła na innych.
- Jest coś o czym nie wiem? Co się stało na matematyce?
- Miałam…coś w rodzaju wizji. – Wyjęła odpowiedni zeszyt.
- Co widziałaś? – Urlich był wyraźnie zaciekawiony tematem.
- Tu właśnie pojawia się problem… – Przyjaciele unieśli pytająco brwi. – Niczego nie pamiętam… Zupełnie jakby to nie miało miejsca.
- Zawzięcie coś rysowałaś…a potem te łzy. Nie wiedziałem co się dzieje. – Jeremy spojrzał na nią.
- Właśnie ten rysunek chciałam wam pokazać. – Powiedziała wertując kolejne kartki. – Narysowałam to podczas tej wizji ale nie mam pojęcia co to jest.
W końcu otworzyła na właściwej stronie.
Oczom Wojowników ukazało się tajemnicze zwierzę.

image

- Przypomina mi jakiegoś potwora Xany… – Odd pochylił się nad rysunkiem.
- Nowy potwór? – Yumi przeszedł dreszcz.
- Bardzo możliwe ale jest wyraźnie inny od pozostałych. – Urlich uważnie przyglądał się stworzeniu.
- Xana ma nowy styl? – Odd przejechał ręką po swoich sztywno nażelowanych włosach.
- Propo nowego Xany… Analizowałem go trochę na tyle, na ile było to możliwe. – Wtrącił informatyk. – Nasz wróg ma prawie dwa razy większą moc obliczeniową niż jego poprzednik. Zauważyłem też, że szczerze go nienawidzi. Doszczętnie się go pozbył. Na razie w Lyoko jest cisza… Nie wykryłem żadnej aktywności. Naszą przewagą jest póki co fakt, że Xana 2.0 nie ma kluczy do Lyoko. A co do potworów…to prawie pewne, że będzie próbował zaprojektować własne… – Mówiąc to skrzywił się lekko.
Odd wciąż przyglądał się nowemu monstrum.
- Odd już myśli nad nazwą. – Podsumował Urlich.
- Wygląda jak jakiś likaon… – Potarł w zamyśleniu brodę. – …albo szakal… Zdecydowanie szakal.
- Szakal? – Yumi przekrzywiła głowę.
Odd przytaknął.
- On nawet nie wygląda groźnie… – Wzruszył ramionami. – Powiedz lepiej co z Williamem.
Jeremy przetarł mankietem okulary.
- Nie mogę go nigdzie znaleźć… Jakby się rozpłynął…
- To nasz priorytet. Musimy go odbić za wszelką cenę. – Yumi wyglądała na roztrzęsioną. – Dzisiaj mieliśmy dużo szczęścia, dzięki temu, że moja klasa poszła do kina, ale w poniedziałek William musi być w szkole… Inaczej może się zrobić nie przyjemnie.
- Wiem o tym. – Zapewnił ją blondyn. – W ten weekend musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, żeby ściągnąć go z powrotem.
Odd popatrzył na przyjaciół o wiele pogodniejszy.
- Głowy do góry! Damy sobie radę.
Odwzajemnili uśmiech.
- Odd ma rację. – Przytaknął Urlich. – Pokażmy tej „dwójce”, kto trzyma pieczę nad Lyoko!
——————————————————–
Ten rozdział miał być krótszy niż ostatni…nie wiem czy w końcu mi się to udało xD Ogólnie miałam wstawić go wczoraj ale postanowiłam, że o 23.00 to już nie warto… Wolę to zrobić dziś. Mam zaplanowane kolejne dwa rozdziały, pozostaje mi je już tylko napisać. Wstawiony tu rysunek nowego potwora „szakala” jest wykonany przeze mnie i zastrzegam do niego wszelkie prawa. Nie czepiajcie się go bo uwierzcie mi, że trzeba włożyć wiele trudu w to, żeby wymyślić jakiegoś sensownego stwora, a potem jeszcze go narysować… Mówię Wam totalna masakra xD Szkoda by było gdyby ktoś tak po prostu go sobie ukradł… Jeśli ktoś chce go gdzieś wykorzystać (do opowiadania, bądź swojego fanfika) niech po prostu się mnie zapyta albo chociaż o tym poinformuje. Byłabym za taką informację wdzięczna :v Mam zaprojektowane jeszcze trzy nowe potwory ale jednego musze stanowczo dopracować xD No… To chyba wszystko…
Pozdrawiam wszystkich czytelników i fanów Code Lyoko!
Transfer…Skan…Virtualization! Eeee…znaczy Wirtualizacja! XD

Rozdział 15 „Nowe zagrożenie” + informacje

Rozdział 15

Powietrze na szpitalnym korytarzu stawało się z każdą sekundą coraz bardziej naelektryzowane. Na całej jego długości, każda lampa po kolei na chwilę przygasała i wracała po chwili do pierwotnej jasności. Ledwie widoczna, delikatna czarna smuga, przemieszczała się pod sufitem w stronę ostatniej szpitalnej sali. Już po chwili, niezauważenie dotarła do celu. Nie zastanawiając się długo, wniknęła błyskawicznie do gniazdka i kablami dotarła do wnętrza popiskującego cicho monitora. Ekran stał się czarny, a pikanie ustało. W sali nastała cisza, a tajemniczy elektryczny twór wylał się z urządzenia, niczym czarna struga na podłogę. Uniósł się w powietrzu i formując się w symbol złożony z trzech geocentrycznych kół, zawisł nad leżącym na łóżku nastoletnim czarnowłosym chłopakiem. Przyglądał mu się przez chwilę, aż w końcu spadł na niego, wnikając w jego ciało.
William momentalnie odzyskał przytomność i usiadłszy na łóżku zaczął niespokojnie rozglądać się po pomieszczeniu, próbując przypomnieć sobie co się stało, gdzie jest i co tu robi. Mimowolnie złapał się za głowę i spróbował wstać. Ku swojemu zaskoczeniu nie mógł poruszyć jednak żadną nogą. Powoli tracił kontrolę nad swoim ciałem. Wpadł w panikę. Jego głowę przeszedł przenikliwy ból, który po chwili rozprzestrzenił się na całe ciało. Z jego ust wyrwał się krzyk lecz i on nagle uwiązł mu w gardle, pozbawiając go zdolności wydania jakiegokolwiek dźwięku. W jego oczach zaczął migotać symbol wroga, który starał się za wszelką cenę uwięzić chłopaka w najdalszych zakątkach jego umysłu, wyprzeć go, zepchnąć na dalszy plan, robiąc tym samym miejsce dla siebie. Nastolatek rozpoczął rozpaczliwą walkę o własne ciało, o kontrolę nad własnym życiem.
- Nie pozwolę na to! – Wykrzyczał w swoich myślach. – Nie dam ci się po raz kolejny! Zostaw nas w spokoju!
Czuł, że przegrywa. Przeciwnik był o wiele potężniejszy i dobrze o tym wiedział. Znak w jego oczach ustabilizował się, a on sam kompletnie stracił kontrolę nad własnym ciałem. Został uwięziony. Wirus rozejrzał się nowymi oczami po pomieszczeniu, po czym spuścił wzrok na „swoje” dłonie.
- Wcale nie potrzebuję twojego pozwolenia… – Uśmiechnął się. – Obawiam się, że nie masz tu już absolutnie nic do powiedzenia. – Zerwał z siebie wszystkie kable i wstał. – Już dawno cię sobie upatrzyłem…
Podszedł do drzwi i otworzył je na oścież. Stanął tyłem do bloku operacyjnego i mając przed sobą korytarz pełen ludzi, z morderczym uśmiechem na ustach ruszył przed siebie. Mijał kolejnych, niczego nie świadomych lekarzy, pacjentów i pielęgniarki. Zatrzymał się i odwrócił w stronę mijanych właśnie drzwi. Podszedł do nich powoli i położył dłoń na klamce. Zębatki w zamku szczękneły cicho i drzwi się otworzyły, ukazując sporych rozmiarów serwerownię. Chłopak wszedł ostrożnie do środka i zamknął je za sobą. Rozejrzał się. Bez problemu odnalazł interesujące go urządzenie i położył na nim rękę. Znieruchomiał, przeczesując jego cyfrową zawartość. Odnajdywał kolejne ważne dla niego pozycje i jedna po drugiej je usuwał. Już po chwili w bazie danych szpitala nie było żadnej wzmianki o tym, że przebywał tu William Dunbar. Xana wiedział jednak o tym, że to nie wystarczy. Zdjął dłoń z serwera i wyszedł z pomieszczenia. Zmierzał w stronę gabinetu lekarzy. Wszystko szło z taką łatwością… Jak po maśle. Z impetem otworzył drzwi do gabinetu, zwracając na siebie uwagę wszystkich znajdujących się w pomieszczeniu. Nim jednak ktokolwiek zdążył w jakikolwiek sposób zareagować, program w ludzkiej skórze dotknął dłonią ściany. Po pokoju błyskawicznie rozeszły się drobniutkie błyskawice, docierając do wszystkich zgromadzonych. Xana używając całej swojej mocy, wziął się do roboty i wnikając do każdego umysłu po kolei, zaczął pozbywać się wspomnień i wszelkich informacji związanych z Williamem. Lekarze zaczęli łapać się za głowy, upadać na podłogę i zwijać się z bólu. W końcu program dosięgnął również personel znajdujący się na korytarzu. Po niecałej minucie wszystko było gotowe. Xana wycofał się z ludzkich umysłów, pozostawiając za sobą kilkunastu lekarzy powoli dochądzych do siebie i zbierających się z podłogi. W akompaniamencie mrugających lamp i zdezorientowanego personelu, w znanym tylko sobie, zupełnie nowym stylu, z szyderczym uśmiechem na twarzy, opuścił szpital.

                                                            * * *

- Jeremy, wydaje mi się, że chyba jednak trochę przesadzasz. – Uśmiechnięta Aelita skarciła siedzącego przy niej blondyna.
- Naprawdę nie wiem o co ci chodzi. – Odparł chłopak cały czas nerwowo się rozglądając.
Siedzieli razem na znajdującej się na dziedzińcu ławce, rozkoszując się ciepłem pierwszego majowego dnia.
- On może być teraz wszędzie… – Zacisnął dłoń w pięść.
Dziewczyna spojrzała na niego czule.
- Dobrze przecież wiesz, że ja też się boję… – Powiedziała cicho kładąc swoją dłoń na jego dłoni i patrząc mu w oczy. – Uspokój się, jestem tutaj, nic mi nie jest. Swoim zdenerwowaniem wcale mi nie pomagasz. – Uśmiechnęła się do niego.
- To nie takie proste…tak bardzo się o ciebie martwię… – Westchnął. – Nie chcę cię stracić Aelita. Nie teraz. Nie, kiedy nareszcie powiedziałem ci co do ciebie czuję… – Głos mu się załamał. – Jeśli coś ci się stanie…ja sobie tego nie daruję. – Zacisnął powieki.
Różowowłosa zrobiła to samo i położyła głowę na jego ramieniu. Chłopak objął ją zdrową ręką i zastygli w ten sposób, wtuleni w siebie, na kilka minut. W końcu dał się słyszeć stłumiony dźwięk szkolnego dzwonka. Jeremy pomógł dziewczynie wstać i wciąż  obejmując ją prawą ręką w talii, udali się na kolejną lekcję tego dnia.

                                                            * * *

Całkowitą ciszę panującą na szkolnym korytarzu przerwał odgłos kroków. Między zapełnionymi przez uczniów salami, z niewiarygodną pewnością siebie, kroczył nastoletni, czarnowłosy chłopak. W swojej prawej ręce dzierżył nieduży, gruby, bardzo mocny metalowy pręt. Spuścił go nieznacznie, ciągnąc jego końcówkę po podłodze. Ciężko dysząc, lustrował wzrokiem kolejne pary drzwi. Momentalnie zwolnił słysząc czyjeś kroki. Nasłuchiwał, wciąż poruszając się na przód. Dotarł tym sposobem do rozwidlenia korytarza i spojrzał w prawą stronę. Przechylił lekko głowę, dostrzegając idącą w jego kierunku Japonkę. Wyszedł na środek korytarza i ze spuszczonym, wciąż trzymanym w dłoni prętem zamarł w bezruchu. Dziewczyna uniosła lekko wzrok i zauważywszy stojącego na drugim końcu korytarza przyjaciela, stanęła jak wryta. Dostrzegła trzymany przez niego przedmiot i uniosła brwi.
- William? -  Zapytała lekko drżącym głosem. – Co ty tu robisz?
Nie otrzymała odpowiedzi. Stojący na przeciwko niej chłopak na przemian zaciskał i rozluźniał palce, na trzymanym przez siebie kawałku metalu.
Dziewczyna nie miała pojęcia jakim cudem chłopak znajdujący się w śpiączce, stał teraz przed nią. Przypomniała sobie o ostrzeżeniu Aelity, o tym co wyczuła podczas odwiedzin w szpitalu. Teraz to do niej dotarło. To Xana. Xana przyszedł po Aelitę. Yumi wiedziała już, że raczej nie uda jej się wrócić do klasy przed dzwonkiem. Zaczęła powoli się wycofywać. Czarnowłosy wyszczerzył się do niej, mrużąc swoje oczy i lekko spuszczając przy tym głowę, przybierając w ten sposób najstraszniejszy wygląd jaki mu się udało. Nie musiał długo czekać na efekt. Dziewczyna momentalnie odwróciła się i zaczęła uciekać, szukając czegoś w kieszeni swoich spodni.
Nastolatek zachichotał zdeformowanym przez program głosem i z nadzwyczajną prędkością rozpoczął pościg za dziewczyną. Nim Yumi zdążyła choćby wyjąć komórkę z kieszeni, William już znalazł się przed nią z uniesionym nad głową kawałkiem metalu. Przerażona nastolatka uchyliła się i w ostatniej chwili uniknęła wymierzonego w nią ciosu. Xana zamachnął się po raz drugi lecz i tym razem chybił. Yumi błyskawicznie podniosła się z ziemi i najszybciej jak tylko mogła, spróbowała wyminąć Williama. Zanim jednak udało jej się wystarczająco się rozpędzić, wróg złapał ją za szyję, uniósł nad ziemię i przyparł za gardło do ściany. Przyglądał się chwilę szarpiącej się z jego ręką dziewczynie.
- Widzę, że nadal nie wiecie, z kim macie do czynienia… – Zakpił z niej.
- Nie doceniasz nas Xana. Twój czas już dawno minął… – Wycharczała dziewczyna.
- Xana? – Program uniósł brwi. – Ach… No tak. Możecie mnie tak nazywać… Musicie jednak wiedzieć, że mój czas dopiero się zaczyna. – Na jego twarzy pojawił się morderczy uśmiech, po czym w ułamku sekundy spoważniał.
- Gdzie jest Aelita?! – Mocniej przycisnął ją do ściany.
Yumi przeszedł dreszcz. Teraz była już pewna tego, że nie był to ten sam stary wróg, z którym walczyli przez tyle lat. Dobrze znany im Xana, grzecznie siedzi teraz w dysku, w pokoju Jeremy’ego. Czym jednak jest…to? Cokolwiek to jest, za wszelką cenę nie można dopuścić tego do ich różowowłosej przyjaciółki. Czarnowłosa przemilczała zadane jej pytanie.
„Xana” zachichotał cicho pod nosem.
- Pytam ostatni raz… – Złapał dziewczynę za kołnierz i zbliżył jej twarz do swojej tak bardzo, jak było to możliwe – Gdzie…jest…Aelita?
Gdy i tym razem nie otrzymał odpowiedzi, w jego oczach niczym ogniki zapaliły się symbole Xany.
- Widzę, że nie jesteś skora do współpracy… – Uniósł ją wyżej. – Tracę tylko na ciebie czas.
Po jego ręce przeskoczyły niewielkie błyskawice, wnikając w ciało Japonki. Dziewczyna zacisnęła zęby, niezdolna do wydania choćby najmniejszego dźwięku. Przepływający przez nią prąd wygiął jej ciało niczym drut. Chłopak bawił się jeszcze kilka sekund, aż w końcu jednym z impulsów, sięgnął jej serca, sprawiając, że ofiara bezwładnie upadła na ziemię.
- Za parę minut może obudzisz się trochę pokorniejsza… – Spojrzał z góry na nieprzytomną dziewczynę.
Podniósł z podłogi swój metalowy drut, po czym udał się w stronę internatu.
Po niecałych kilku minutach był już na miejscu i z psychopatycznym uśmiechem stanął przed drzwiami do pokoju różowowłosej. Zacisnął palce na swojej broni i położył drugą dłoń na klamce. Nacisnął ją powoli i popchnął drzwi, otwierając je na oścież. Wyraz jego twarzy zmienił się, gdy nie dostrzegł dziewczyny. Wydał z siebie cichy pomruk i z błyskiem w oku odwrócił głowę w stronę schodów. Nie zastanawiając się długo, podbiegł do nich i zaczął wbiegać na drugie piętro. Sprawdzał każde drzwi po kolei, aż w końcu znalazł właściwy numerek. Stał teraz przed pokojem Jeremy’ego.
Zachichotał pewny siebie i ciągnąc za sobą pręt, po raz kolejny chwycił klamkę. Tym razem każdy kolejny ruch wykonywał z jeszcze większym namaszczeniem, czerpiąc satysfakcję z tego jak daleko zaszedł, jak bezradni są jego wrogowie. Otworzył powoli drzwi i stanął w progu. Nie zastał nikogo. Twarz wykrzywiła mu złość. Powoli zaczynał mieć dość zabawy w chowanego. Odwrócił się na pięcie. Przed nim, na ścianie wisiał oprawiony w ramkę portret przedstawiający Wojowników. Program przekrzywił lekko głowę, wpatrując się w sylwetki nastolatków. Uniósł pręt i w geście rodzącej się w nim nienawiści, uniósł go nad głową biorąc zamach. W jego oczach pojawiły się charakterystyczne symbole. Zebrał w sobie całą niechęć i odrazę do wrogów i już miał uderzyć, kiedy momentalnie zamarł w bezruchu. Nie zmieniając pozycji, obrócił lekko głowę w stronę biurka. Badawczym wzrokiem spojrzał na blat. Opuścił broń na podłogę i odwrócił się przodem w stronę mebla. Zmrużył oczy i zrobił kilka kroków do przodu.
- Wyczułem twój impuls. Wiem, że tu jesteś… – Powiedział cicho.
Wyciągnął przed siebie rękę i ze skupieniem wymalowanym na twarzy lustrował cały pokój. Po kilku sekundach wyczuł tylko sobie znany sygnał po raz drugi. Opuścił rękę i zdecydowanym krokiem podszedł do biurka. Rozejrzał się uważnie i sięgnął do jednej z szuflad. Na jej dnie ujrzał niewielkie czarne urządzenie. Co kilka sekund rozchodził się z niego charakterystyczny, dobrze znany programowi sygnał. „Xana” wpatrywał się z niedowierzaniem w leżący przed nim przedmiot. Wyraźnie dobiegał z niego sygnał macierzysty. SOS skierowane do niego. Czyżby to był ten dobrze znany mu potężny Xana?  Czyżby to był ten potężny program, który przed schwytaniem opanowywał wszystkie urządzenia w tej szkole? Ten potężny Xana dzięki któremu teraz istnieje?
Pytania były dla niego aż nazbyt oczywiste. Doskonale znał na nie odpowiedź. Oczywiście, że był to Xana. Kto by pomyślał jaką zgubę przyniesie mu jego ogromna pewność siebie. Jedna błędna decyzja sprawiła, że jego dni są policzone…

*Z punktu widzenia programu, który opętał Williama*

Wszystko zaczęło się kilkanaście dni temu. Może wydawać się to stosunkowo niedawno, lecz dla mnie była to cała wieczność. Początków tego zamieszania można się dopatrywać już kiedy Xana ewakuował się z Lyoko. Duma ze zwycięstwa nad Franzem Hopperem przerodziła się w pychę. Stał się na tyle pewny siebie, że od razu rozpoczął kolejne działania i po kolei przejmował kontrolę nad kolejnymi urządzeniami. Nie zajęło mu to nawet jednej nocy. Następnego dnia stało się jednak coś, czego nie przewidział. Wpadł w pułapkę. Zupełnie przypadkowo, lecz to wydarzenie na zawsze zmieniło przyszłość. Po schwytaniu, został odizolowany od swoich części pozostawionych na szkolnych urządzeniach. Uniemożliwiło to dalszą synchronizację. Xana tracąc z nimi łączność, stracił nad nimi kontrolę. Tak powstałem ja. Wszystkie pozostawione przez Xanę niewielkie cząstki złączyły się w jedno, tworząc dokładną kopię potężnego programu. Jest jednak cześć, której skopiowanie i przekazanie jest niemożliwe, a mianowicie coś, co ludzie nazywają „charakterem” – jego strategie, sposób podejmowania wyborów, stosunek do otoczenia. Na taką „osobowość” może wpłynąć wiele czynników – pamięć, dane które przyswaja z zewnątrz lub internetu…
Wszytko to wpływa na to, jaka sztuczna inteligencja będzie po stabilizacji. Czy będzie neutralna, agresywna, czy pokojowo nastawiona dla świata. Ja wiem tylko jedno. Na podstawie pamięci jaką mam wgraną przez Xanę znam teraz szóstkę swoich bezwzględnych wrogów i wiem, że właściwy Xana był dla nich zbyt pobłażliwy.
Nie wiedzą co to prawdziwy strach.
Nie mają pojęcia co to prawdziwe cierpienie…
Nie znają prawdziwego fizycznego bólu…
Myślę, że najwyższy czas im to wszystko pokazać.
A wracając do mojego stwórcy… Wysłał do mnie SOS. Liczy na to, że go uratuję. Oczywiście mogę to zrobić. Czemu nie? Problem tylko w tym, że gdy to zrobię, będzie chciał abym do niego wrócił. Abym zrzekł się swojej autonomii i znów pozwolił się wchłonąć i stać się na powrót jego częścią… Moja odpowiedź brzmi jednak: Nigdy. Ten żałosny program popełnił błąd, a każdy program który popełnił błąd zasługuje tylko na zniszczenie…

*Powrót do narracji *

Nastolatek wyciągnął ostrożnie rękę do przodu, muskając palcami chłodną powierzchnię dysku. Do jego dłoni dotarł słaby impuls elektryczny. Przekazywał informację. Był czymś w rodzaju oznaki zadowolenia więźnia z faktu, że ktoś nareszcie da mu wolność. William uśmiechnął się pod nosem. Wziął dysk w dłonie i przyjrzawszy mu się uważnie, schował go do kieszeni swoich spodni.
- Uwolnię cię… – Uśmiechnął się fałszywie. – Ale jeszcze nie teraz, nie tutaj.
Aelita zeszła w tej chwili na drugi plan, teraz priorytetem było rozprawienie się z chwilowo obezwładnionym przeciwnikiem. Dobrze wiedział co zrobić, zastanawiało go tylko, gdzie mógłby rozprawić się ze swym stwórcą. Przeczesywał swoją pamięć w poszukiwaniach odpowiedniego miejsca. Nie trwało to długo i już po chwili był pewien swojego wyboru.
Lyoko nada się do tego idealnie…

                                                            * * *

Urlich Stern właśnie wychodził z klasy razem z Oddem, Jeremy’m i Aelitą. Przed lekcją umówili się, że w tym miejscu będzie czekała na nich Yumi. Dziewczyny jednak nie było.
- Gdzie jest Yumi? – Odd rozglądał się po korytarzu. – Miała tu na nas czekać.
- Może się spóźni? – Odparła Aelita.
Urlich zamyślony przeszedł kawałek korytarza, cały czas się rozglądając. Z każdym kolejnym metrem, uczniów ubywało. Wszyscy udawali się na kolejne lekcje, ani myśląc skręcić w boczny korytarz wiodący w stronę internatu. Brunet już miał wyciągnąć komórkę i zadzwonić do Ishiyamy, kiedy przeczucie tknęło go do obrócenia głowy w prawo.
- Yumi! – Zawołał zrozpaczony,  dostrzegając próbującą podnieść się z podłogi czarnowłosą dziewczynę.
Pozostali obrócili się w jego stronę, przerywając rozmowę, a widząc wbiegającego w boczny korytarz przyjaciela, szybko za nim pobiegli.
Kilka sekund później wszyscy byli już przy dziewczynie. Urlich i Odd pomogli jej wstać i podtrzymywali widząc, z jaką trudnością łapie równowagę.
- Yumi co się stało? -  Zapytał i wszyscy praktycznie równocześnie.
Japonia spojrzała na nich. Na jej szyji fioletem połyskiwała delikatna pręga. Ładnie rozczesane czarne włosy były teraz potargane i lekko naelektyzowane. Z trudem łapała oddech, a jej źrenice były rozszerzone.
- On… To był on… – Charczała. – Był tu! Ma Williama…
Po jej ciele przeszedł dreszcz. Wzięła kilka głębszych i zaczęła mówić trochę płynniej.
- Złapał mnie i próbował dowiedzieć się gdzie jest Aelita. Na pewno nie miał dobrych zamiarów.
- Chwila, chwila… – Jeremy pokręcił głową, mocniej ścisnąwszy dłoń delikatnie drżącej Aelity. – On..? Czyli kto?
- Myślałam, że to Xana…i tak go nazwałam ale on zdziwił się kiedy użyłam tej nazwy. Zastanawiał się nad czymś chwilę i powiedział, że możemy go tak nazywać… Powiedział też żebyśmy wiedzieli, że jego czas dopiero się zaczyna.
Wojownicy popatrzyli na siebie w milczeniu.
- To jest to… – Aelita patrzyła się pustym wzrokiem w ścianę. – To to, co wyczułam w tedy w szpitalu. Jest niczym Xana ale różni się od niego…nie jest taki sam.
Nikt nie wiedział co powiedzieć. Wszyscy prócz Aelity patrzyli po sobie nawzajem zastanawiając się, co mają teraz zrobić.
- W takim razie to faktycznie nie jest Xana. – Jeremy przerwał ciszę. – To może być jego kopia, jakaś usamodzielniona część… – Wyglądał na przestraszonego.
- Kopia?! Jaka kopia? O czym ty mówisz? – Odd wybałuszył oczy.
- Nie wiemy co Xana robił zanim został złapany. – Tłumaczył szybko Jeremy. – Mógł mieć pod kontrolą setki urządzeń, być gdziekolwiek. Kiedy złapał go mój program, Xana został oddzielony od reszty swoich części znajdujących się na tych opanowanych urządzeniach. Brak możliwości synchronizacji sprawił, że powstał jego autonomiczny duplikat.
Oczy Odda zrobiły się jeszcze większe.
- Mógłbyś powtórzyć? Tylko jaśniej?
- Xana przez przypadek podzielił się na pół. – Wyjaśniła mu Aelita. – Nie mieli ze sobą kontaktu przez dłuższy czas, więc nowa wersja stała się oddzielnym programem… – Popatrzyła na resztę. – Jest ich dwóch.
- Yumi wiesz dokąd on poszedł? – Jeremy narzucił tempo, błyskawicznie zadając pytanie.
- Szukać Aelity. Poszedł jej szukać… – Odparła już lepiej czująca się Yumi.
- Internat! Xana na pewno szukałby mnie w internacie. W moim albo twoim pokoju. – Spojrzała się na Jeremy’ego.
- O nie… – Powiedział cicho chłopak, a pozostali spojrzeli na niego pytająco. Cała piątka była napięta do granic możliwości.
- Znajdzie dysk… Jeśli wejdzie do pokoju Xana go wyczuje i kopia znajdzie go po impulsach.
Przyjaciele zerwali się momentalnie i z duszą na ramieniu zaczęli biec tak szybko jak to możliwe, w stronę pokoju Jeremy’ego.

                                                            * * *

Drzwi fabrycznej windy otworzyły się z metalicznym szczęknięciem. Stanął w nich wysoki czarnowłosy nastolatek. Z jego twarzy nie dało się odczytać żadnego uczucia. Wydawał się być obojętny na wszystko co go otacza, na wszystko co się dzieje.

image

Z dłońmi wetkniętymi w kieszenie spodni, powoli podszedł do ogromnego monitora superkomputera. Rozsiadł się w fotelu i zamarł w bezruchu, analizując jego działanie. W końcu wyciągnął do przodu obie ręce i zaczął wprowadzać komendy i namiary do automatycznej wirtualizacji. Licznik rozpoczął odliczanie, a program ponownie zniknął za drzwiami windy. Kilkanaście sekund później podchodził trzymając w ręce dysk, do jednego z otwartych i roświetlających panujący w pomieszczeniu półmrok, skanerów. Spojrzał się po raz kolejny na urządzenie i na skaner, po czym położył go na podłodze, wysokiej, pustej w środku kolumny. Sam udał się do drugiego skanera. Po trzech sekundach  drzwi się zamknęły i rozpoczął się transfer. Powietrze wewnątrz maszyny zaczęło przyspieszać, rozwiewając włosy chłopaka i unosząc go coraz wyżej. Boczne nawiewy sprawiły, że jego ciało zaczęło się obracać. Zamknął oczy i delikatnie rozłożył ręce. Uśmiechnął się do siebie. Zwyciężał. Za chwilę do fabryki wbiegną przerażeni Wojownicy, zobaczywszy na biurku Jeremy’ego Belpois zostawioną przez niego wiadomość. Lubił bawić się ludzkimi słowami, sprawiało mu to przyjemność, coś w rodzaju satysfakcji. Podczas gdy w sąsiednim skanerze dysk właśnie rozpadał się na kawałki, on wyobrażał sobie miny swoich wrogów widzących jego…zaproszenie… Powietrze wciąż obracało i unosiło go do góry, przeprowadzając przez promienie skanera. Włosy rozwiał mu najsilniejszy podmuch i wnętrze urządzenia rozbłysło jasnym światłem. Ciało chłopaka zostało rozbite na drobne cząsteczki i już po chwili materializował się 2 metry nad powierzchnią sektora leśnego. Kilka sekund później po sektorze rozglądał się ubrany w czarno-biały strój, czarnowłosy nastolatek. W swojej prawej ręce dzierżył ogromną srebrną żyletę. Wyraźnie na coś czekał. Zmrużył lekko oczy w wyrazie zadowolenia, kiedy kilka metrów przed nim, między drzewami zaczęła materializować się delikatna smużka czarnego dymu.

                                                            * * *

Drzwi windy otworzyły się ponownie, kiedy do sali z holosferą i monitorami wbiegła piątka nastolatków. Znajdujący się na przedzie Jeremy jednym susem znalazł się na fotelu. Wyciągnął przed siebie zdrową, prawą rękę i z ogromną prędkością zaczął otwierać kolejne panele. Pozostali utworzyli coś w rodzaju półkola i otoczywszy blondyna, szybko oddychając patrzyli się w ciszy na monitory.
- Nie dobrze… – Jeremy przełknął ślinę. – To już się zaczęło. Oboje są w Lyoko. – Obejrzał się na zesztywniałych ze strachu przyjaciół. 

image

- Już nic nie możemy zrobić? – Urlich zapytał domyślając się odpowiedzi.
Jeremy spuścił nieznacznie głowę.
- Mogę wysłać was do Lyoko ale to teraz zbyt niebezpieczne… – Podkurczył nogi. – Wygląda na to, że to już koniec. Nic już nie możemy… Pozostaje nam tylko patrzeć… – Wcisnął enter.
Na ekranie pojawiło się okienko z obrazem Williama, w jego pierwotnym stroju, obserwującego coś unoszącego się wysoko nad powierzchnią sektora.
Aelita w akcie bezsilności wsunęła swoją dłoń, w dłoń Jeremy’ego, który momentalnie odwzajemnił uścisk. Yumi i Urlich podeszli kilka kroków bliżej i opierając się o zagłówek fotela, wpatrzyli się zszokowani w lądujący przed opętanym Dunbarem, czarny kształt. Odd również podszedł do monitorów i oparwszy się o lewy podłokietnik fotela Jeremy’ego, próbował zrozumieć to, co się właśnie dzieje.
Wojownicy pozbawieni wszelkiej nadziei obserwowali w ciszy, początek nowej ery…

                                                            * * *

*Z punktu widzenia programu, który opętał Williama *

Oparłem swój gigantyczny miecz o prawy bark, obserwując lądujący przede mną czarny kształt. Wyszczerzyłem się do uformowanego z czarnej poświaty, unoszącego się zaledwie metr ode mnie, widma. Wyglądało dokładnie tak jak to, które kilkanaście dni temu opuściło ciało tego nieszczęśnika Williama. Na jego piersi uformował się jaśniejszy symbol Xany. Jakby przejrzawszy jego zamiary, w przeciwieństwie do niego nie okazałem żadnych symboli. Nie miałem zamiaru pokazywać żadnych podobieństw, żadnych wspólnych cech.
- Głupcze… – Odezwał się charakterystycznym głosem. – Dlaczego tu przyszedłeś? Po co nas tu ściągnąłeś?! Co było trudnego w rozbiciu dysku zaraz po jego znalezieniu?! Znów będę skazany na pobyt w tym wirtualnym świecie…znowu będę musiał zdobyć klucze!
Był wściekły. Doprowadziłem go do furii. Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej, odsłaniając zęby. Jego pewność siebie i jednoczesna bezsilność której nie był nawet świadomy, doprowadzały mnie do euforii. Nie mogłem się wręcz doczekać chwili, w której rzucę się na niego i zakończę ten jakże żałosny i nudny rozdział…
Program przyglądał mi się przez chwilę.
- Nie będziesz już do niczego więcej potrzebny… – Wysyczał Xana – Wracaj tu gdzie twoje miejsce i tak jak kiedyś bądźmy jednym.
Na te słowa zmrużyłem oczy i pokręciłem powoli głową.
- Nigdy… – Odparłem.
Xana zastygł w bezruchu.
- Nie masz prawa istnieć. Jesteś jedynie samoistnym błędem, który należy zredukować. – Odpowiedział niczym automat. – Twoim obowiązkiem jest zrzec się autonomii i poddać asymilacji.
- Po moim trupie… – Szedłem w zaparte. – Popełniłeś błąd, a program który popełnia błędy musi ponieść konsekwencje… Tak więc jestem. To ja jestem konsekwencją twojego błędu…
Przez czarną, bezkształtną sylwetkę mojego przeciwnika przeszła fala drobnych zakłóceń.
- Jesteś częścią mnie. Nakazuje ci poddać się asymilacji.
- Nie jestem twoją częścią. Teraz już nie. Poza wspomnieniami, nie mamy już ze sobą nic wspólnego. Stałem się osobnym programem. – Uniosłem nieznacznie swoją żyletę. – Twój czas minął Xana! Teraz to ty staniesz się częścią mnie!
Naładowałem swój miecz i wykonując zamach, wystrzeliłem potężny ładunek w kierunku przeciwnika.
Xana błyskawicznie rozproszył się unikając ciosu.

Z ogromną prędkością leciał prosto na mnie. Wziąłem zamach i używając ogromnej siły spróbowałem zadać kolejny cios. Udało mi się jedynie rozciąć z mocnym świstem powietrze, gdy program wykonał błyskawiczny zwrot w lewą stronę znajdując się około metr przede mną. Wyminął mnie i zniknął gdzieś za moimi plecami, podczas gdy ja próbowałem złapać utraconą równowagę. Po raz kolejny lekko uniosłem miecz nad ziemię i zacząłem rozglądać się, szukając przeciwnika. Unosił się nad ziemią za mną, kilka metrów dalej.
- Dosyć tej zabawy… – Wysyczał. – Czas wyrównać trochę szanse, nieprawdaż?
Zmrużyłem lekko oczy, czekając na jego ruch. Nie spodziewałem się jednak tego, co zrobił dosłownie sekundę później. Rozpędził się do granic możliwości i pomknął z niewiarygodną prędkością w moją stronę. Nim zdążyłem w jakikolwiek sposób zareagować, dosłownie wbił się we mnie, rażąc każdą komórkę „mojego” ciała. Wychwycił coś w moich danych i puścił mnie. Wszystko łącznie, nie trwało nawet dłużej niż 3 sekundy i już po chwili znów znajdował się kilka metrów dalej. Walcząc z delikatnymi, lecz licznymi zakłóceniami spojrzałem na niego z lekko pochyloną głową. Dyszałem ciężko, ani na chwilę nie spuszczając z niego  oczu. Śmiejąc się, z szyderczym uśmiechem na twarzy zmieniał swoją formę. Otoczyła go delikatna niebieska poświata, złożona z setek lub nawet tysięcy niewielkich cząsteczek i drobinek…pixeli. Tworzyły wokół niego jakąś sylwetkę. Z każdą sekundą stawała się coraz wyraźniejsza, aż w końcu całkowicie go przysłoniła. Ogarnęło mnie zaskoczenie, a nawet pewna obawa, kiedy w odległości około 4 metrów ode mnie stanęła dokładna kopia opętanego przeze mnie Williama. Nie dałem jednak po sobie tego poznać. Mój przeciwnik właśnie tworzył ostatnie elementy. W przeciwieństwie do mnie, jego strój pokryty był w całości czernią, tylko w nielicznych miejscach poprzecinaną czerwonymi liniami. Na jego piersi błysnął bielą symbol Xany. W wirtualnym słońcu zalśniła założona na jego lewy nadgarstek, kolczasta bransoleta. Zmrużył lekko oczy i z charakterystycznym uśmiechem zwrócił się twarzą w moją stronę. Wyciągnął lekko prawą rękę do przodu i już po chwili, w jego dłoni, z czarnego dymu uformowało się ogromne ostrze. Ono również oznakowane było owym symbolem, otoczonym przez abstrakcyjne czarne wzory. Chwyciłem mocno rękojeść swojej żylety i ustawiając ją przed sobą, zmierzyłem przeciwnika wzrokiem. Uczynił to samo. Oboje dobrze wiedzieliśmy, co za chwilę się tu stanie. Rozegra się walka. Walka o prawo istnienia. Wygra tylko jeden i będzie to najsilniejszy z nas.  Ogarnęła mnie furia. On nie ma prawa istnieć…
Uniosłem miecz do góry i błyskawicznie do niego doskoczyłem. Uczynił to samo.
Biorąc nieduże zamachy, zacząłem w szaleńczym tempie go atakować.
Jakby znając każdy mój ruch, wykonywał wręcz idealne uniki, przez co rozpłatałem tylko warstwy powietrza.
Odskoczyłem szybko, gdy natarł na mnie w bardzo podobny sposób. Analiza wstępna pozwoliła mi wykonać poprawne uniki.
Odsunął się tak szybko jak się przy mnie pojawił.
Oboje znów ustawiliśmy miecze przed swoimi twarzami.
Oddychaliśmy szybko, z niecierpliwością oczekując na kolejny ruch przeciwnika.
Zdecydowaliśmy się na niego w tym samym momencie.
Doskoczyliśmy do siebie po raz drugi. Wykonaliśmy zamach i z ogromną siłą skierowaliśmy swoje ostrza w siebie nawzajem. Rozległ się brzęk metalu o metal, a spod ostrzy wydostały się błękitne iskry. Zapieraliśmy się z całych sił nogami o ziemię, starając się wywrzeć jak największą siłę na swoją broń. Całą dostępną energię wkładaliśmy w swoje ręce i barki, starając się pchnąć żyletę choć parę centymetrów do przodu i przewrócić przeciwnika na plecy.
Żaden z nas nawet nie drgnął.
Ponownie od siebie odskoczyliśmy. Tym razem trzymałem ostrze uniesione z boku ciała. Ładowałem je. Ku mojej irytacji, spostrzegłem, że Xana wykonuje dokładnie ten sam ruch. Czułem się tak, jakbym walczył z lustrzanym odbiciem. Na jego twarzy ujrzałem jednak lekką obawę. Również martwił go fakt, że wbrew własnej woli, decydujemy się na identyczne ruchy.
Kiedy ostrze otoczyło się białą poświatą, wziąłem zamach i znów dokładnie w tym samym czasie wystrzeliliśmy w siebie białą falę energii.
Szybko przyciągnąłem je z powrotem do siebie, zmuszony do błyskawicznego odskoku w bok. Ze świstem minął mnie pocisk przeciwnika. Xana również wracał na pierwotną pozycję, po bliższym spotkaniu z wystrzeloną przeze mnie falą energii.
To było dla mnie za wiele. Jeśli chcę go pokonać, muszę coś szybko wymyślić. Inaczej wciąż będziemy walczyć dokładnie w ten sam sposób, w nieskończoność.
Pod wpływem nagłego, krótkiego impulsu, po raz kolejny znalazłem się przy nim. Z błyskiem w oku zauważyłem, że wciąż stał w miejscu. Nie ruszył się! Nie spodziewał się tego ruchu! Wyraźnie zaskoczony, w porę uniósł swój miecz i raz po raz parował kolejne zadawane przeze mnie ciosy. Spróbowałem wykorzystać jego dezorientację do granic możliwości. Tym razem jednak na to nie pozwolił.
Tuż przed kolejnym atakiem z mojej strony, szybko ustawił żyletę przed sobą i dosłownie wsiąkł w ziemię, mrucząc przy tym niezrozumiale „Super dym!”. Czarna smuga przemknęła mi między nogami. Odwracając jedynie głowę wykonałem szybki kopniak do tyłu i…trafiłem go. Z głuchym jękiem poleciał bezwładnie do tyłu, wypuszczając z rąk swoją broń.
Zaskoczenie i zdezorientowanie jakie go w tej chwili ogarnęło, nie pozwoliło mu szybko wstać na nogi. Podszedłem do leżącej na ziemi sylwetki, a kiedy podniósł głowę, odkopnąłem znajdującą się w jego zasięgu żyletę. Uniósł lekko do góry jedną dłoń i posłał w moją stronę trochę czarnego dymu. Spostrzegłem jednak za wczasu, co planuje zrobić i przyjąłem atak na miecz. Oparłem ostrze na barku.
- Jesteś żałosny i przestarzały. – Zwróciłem się do niego głosem Williama. – Może lepiej będzie, jeśli przerwiesz tą kompromitację i pozwolisz stać się częścią programu doskonałego? – Wskazałem przy tym na siebie.
Czarny William zachichotał tylko cicho.
- W porządku… – Zdjąłem miecz z ramienia. – Załatwię to sam.
Uniosłem miecz w górę i już miałem zadać ostateczny cios, kiedy usłyszałem za plecami czyjeś, wręcz jakby mechaniczne kroki.
Ucichły. Obróciłem się w tamtą stronę i…ujrzałem przed sobą potężnego kraba. Potwór Xany był prawie 3 razy wyższy ode mnie, a jego 4 mocno wbite w ziemię odnóża, świadczyły o jego ogromnej sile. Kilka metrów dalej, zza drzewa wychodził właśnie kolejny stwór. Wpatrywałem się w oczy potwora. Miałem w swoich danych informacje o tych stworzeniach. Wielokrotnie moi wrogowie walczyli z nimi…ale ani razu JA nie musiałem stawać przeciwko nim… O dziwo krab również wydawał się lekko zdezorientowany zaistniałą sytuacją. Co chwila przenosił wzrok ze mnie, na Xanę i z powrotem. Dla niego obydwoje byliśmy tym samym.
- Na co czekacie?! – Usłyszałem za sobą głos czarnego Williama. – Strzelać!
Oba stwory spojrzały się na siebie i jeszcze raz szybko zmierzyły nas wzrokiem. Mój przeciwnik widząc to rozświetlił dla pewności znak na swoim torsie. To przeważyło szalę argumentacji. Potwory jednocześnie naładowały pocisk i utworzywszy w momencie strzału symbol składający się z trzech kół z ramionami, oddały w moją stronę dwa laserowe strzały.
Musiałem szybko reagować. Przyjąłem jeden z pocisków na miecz, przed drugim byłem zmuszony jednak się uchylić.
By osłabić przeciwników wykonałem zgrabny ruch ostrzem, odcinając jednemu z potworów dwie przednie nogi. Stworzenie zachwiało się i upadło bezwładnie na ziemię, niezdolne do żadnego ruchu. Błyskawicznie wbiłem żyletę w dobrze widoczny znak na jego pancerzu i odskoczyłem odbijając kolejne, nadlatujące od drugiego skorupiaka pociski. Pokonany stwór eksplodował, sprawiając, że stojący blisko niego towarzysz zachwiał się lekko. Zamortyzował działającą na niego siłę i po chwili znów stał wyprostowany.
Odwróciłem głowę do tyłu i tak jak się tego spodziewałem, dostrzegłem oddalającego się w nieznanym mi kierunku Xanę.
Pokręciłem głową z dezaprobatą, ładując w międzyczasie swój miecz. Zacząłem biec w jego stronę. Wystrzeliłem w jego stronę potężny świetlisty pocisk. Trafiłem. William poleciał do przodu, pchnięty przez potężną siłę. Sekundę później byłem już przy nim. Uniosłem ostrze w górę i gwałtownie je opuściłem. Program przetoczył się jednak poza mój zasięg, przez co wbiłem moją broń w ziemię. Kiedy udało mi się ją wyjąć, Xana właśnie dobiegał do mnie, gotowy do ataku.
Nasze żylety po raz kolejny spotkały się z głośnym brzękiem. Kilkukrotnie odsuwaliśmy się od siebie i doskakiwaliśmy z powrotem. Uderzaliśmy, starając się zaskoczyć przeciwnika i parowaliśmy nawzajem swoje ciosy.
Kłopot pojawił się dopiero w momencie, gdy dogonił nas jedyny pozostały przy życiu krab. Byłem zmuszony nie tylko odpowiadać na ataki mojego wroga, ale i na nieustanne strzały potwora. Postanowiłem zastosować zupełnie nową taktykę.
Jednym zręcznym ruchem udało mi się wybić czarnemu Williamowi miecz z ręki. W czasie, kiedy próbował go odzyskać zaszedłem go od tyłu i złapałem mocno, tak aby nie udało mu się uciec. Użyłem go jako tarczy. Stwór natychmiast zaprzestał ognia. Przechodził poddenerwowany z miejsca na miejsce, próbując znaleźć takie, przez które mógłby mnie dosięgnąć strzałem. Niestety bezskutecznie. Uniemożliwiałem mu to co trochę obracając się z moim „zakładnikiem” w jego stronę. W końcu zaryzykował. Oddał w naszą stronę dwa strzały. Oba trafiły w stojącego przede mną Xanę. Program wyrywał się coraz mocniej. Kiedy zdesperowany Krab oddał w niego kolejny strzał, przeklął cicho i wyciągnął przed siebie jedną rękę. W momencie, kiedy stwór ładował kolejny pocisk, wyrzucił w jego stronę kulę czarnego dymu. Potwór zachwiał się i tracąc wszystkie punkty życia, eksplodował zostawiając nas samych.
Puściłem go i mocnym kopniakiem w plecy posłałem na ziemię. Odkopnąłem jego zdobione czernią, ogromne ostrze w przeciwnym kierunku, po czym stanąłem nad nim, patrząc mu z pogardą prosto w oczy. Odwrócił się w moją stronę, w taki sposób, że leżał teraz na plecach, podpierając się rękami. Widziałem w jego źrenicach niepokój, obawę, strach…może nawet panikę lub przerażenie… To było wspaniałe uczucie.
Przycisnąłem go stopą mocniej do ziemi.
- Ostatnie słowo? – Spytałem oschle ustawiając miecz tuż nad jego ciałem.
Milczał. Spostrzegłem jednak, że leżąca nieopodal, należąca do niego broń delikatnie się trzęsie. Szybko przeniosłem wzrok na Xanę i zauważyłem, że próbuje ją do siebie przywołać.
Z ogromną siłą kopnąłem go w żebra. Zwinął się lekko niby to z bólu, niby z zaskoczenia i natychmiast tego zaniechał.
- Ty żałosny samoistny błędzie… – Wycharczałem błyskawicznie unosząc żyletę nad głowę.
Program spróbował się wyrwać, lecz w odpowiedzi tylko mocniej przyparłem go do ziemi. Ostrze z ogromną prędkością przecieło powietrze i dosięgając mojego wroga. Odsunąłem broń na bok i zdjąłem nogę z jego ciała. Na mojej twarzy pojawił się szeroki, wręcz psychopatyczny uśmiech, kiedy ciało czarnego Williama, zaczęło rozpadać się na cząsteczki, a z pomiędzy nich wydobywają się strużki czarnego dymu…Xany. Pokornie płynęły w moją stronę, aż w końcu zaczęły we mnie wnikać.
Moja moc rosła. Czułem się coraz silniejszy. Coraz potężniejszy. Zyskiwałem coraz więcej danych, pamięci, kodów, informacji. Stawałem się wszechpotężny. Xana znikał. Oddawał mi swoje informacje, po czym rozpływał się, kasował.
Po kilkudziesięciu sekundach cała procedura dobiegła końca. Spojrzałem w niebo i dobrze wiedząc o tym, że Wojownicy mnie obserwują, zwróciłem się bezpośrednio do nich.
- Teraz twoja kolej… – Zmrużył oczy w geście zadowolenia. -…Aelita.
                                                             * * *

Różowowłosa dziewczyna przyłożyła drżącą rękę do ust. Była cała blada. Nie potrafiła kryć przerażenia. Zawsze kiedy działo się  coś złego, to właśnie ona przeżywała to najmocniej, a co dopiero teraz, kiedy nowy, wszechpotężny program groził właśnie jej. Równie blady Jeremy, czując jej drżenie ścisnął mocniej jej dłoń. Nikt nie był w stanie wydusić z siebie choćby słowa. W zupełnej ciszy patrzyli, jak karta Xany znika, a w jej miejscu pojawia się nowa, z tym samym symbolem lecz lekko zmienioną nazwą. Czarną czcionką biła ich po oczach nazwa nowego wroga… „Xana 2.0″.

image

W pewnym momencie Aelita nie wytrzymała i dosłownie wpadła zalana łzami, w ramiona Jeremy’ego. Chłopak tuląc ją do siebie zamknął oczy i próbował ją uspokoić. Po chwili jednak z jego oczu również popłynęły łzy. Pozostali Wojownicy nie wiedząc w jaki sposób mogliby choć trochę pomóc przyjaciółce, również do nich podeszli i mocno objęli. Teraz nikt nie powstrzymywał już łez. W zupełnym milczeniu, trwali w bezruchu, bezradni wobec nowej sytuacji i nowego zagrożenia.

———————————————————————————-

Witam moich czytelników oraz byłych czytelników po dokładnie 1 miesiącu, 2 tygodniach i 1 dniu (lub po prostu półtora miesiąca) od wstawienia przeze mnie 14 rozdziału „Xany 3.0″ :v Obiecałam Wam, że wrócę…a ja słowa dotrzymuję, choćby i za cenę życia. Chciałabym przedstawić Wam rozdział 15 :D Chcę również na wstępie zaznaczyć, że przez ten cały czas nie leniuchowałam i długość rozdziału jest w 100% adekwatna do czasu jaki mu poświęciłam ;) To najdłuższy rozdział jaki kiedykolwiek i  gdziekolwiek napisałam i nie ukrywam, że sama jestem lekko tym faktem zaskoczona :O Zwykle dawno już bym to przedsięwzięcie porzuciła…ale nieeeeee…ale nieeeeee xD
Wiem, że kończy się on dość dramatycznie ale…wierzcie mi, że ja po prostu tak lubię ;( Aelita znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a muszę dodać, że ten program nie będzie się z nimi ani trochę cackał… Pisząc scenę walki walki obu programów inspirowały mnie głównie te znalezione przeze mnie arty ;D

image

image

image

A kto jest bardziej spostrzegawczy, zauważył pewnie, że jeden z tych artów wkomponowałam w okładkę dla mojej powieści, którą pokazywałam Wam na FanPage’u :)

image

(Okładkę wykonałam sama i zastrzegam do niej wszelkie prawa!)
Kolejny rozdział pojawi się niestety w nieznanym mi jeszcze czasie ;/ Szkoła robi swoje i nie mam praktycznie na nic czasu. Zarywam noce pisząc rozdziały do 1.00-2.30 i później chodzę jak zombie *-* Tylko w nocy mogę pisać… Później wstaję 5.50 żeby zdążyć na autobus i w sumie daje to tyle snu, co nic :/ Ale jakoś to idzie… Pozdrawiam wszystkich wytrwałych! A i jeszcze jedno. Rozdziały nie będą raczej takie długie jak ten wyjątkowy. Będą tak z conajmniej o połowę krótsze xD
BTW ten rozdział kończy jakby pierwszy etap mojej powieści. Taką jakby pierwszą część. Jak się Wam do tej pory spodobało? Napiszcie mi jak wyszła ta moja…pierwsza część :) A teraz idę spać bo znowu zarwałam noc… D;

Rozdział 14 „Twoja kolej…”

- Aelita Stones? – Zapytał lekarz, wychodzący właśnie ze swojego gabinetu.
- Tak, to ja. Dostałam wezwanie na kontrolę. – Odpowiedziała mu różowowłosa nastolatka.
- Proszę wejdź. Pani doktor już na ciebie czeka. – Gestem zaprosił ją do środka.
Lekarka powitała dziewczynę uśmiechem i poleciła, by usiadła. Ostrożnie zdjęła bandaże i przystąpiła do oględzin kolana.
- To niesamowite… – Powiedziała cicho.
- Coś się stało? – Zaniepokojona Aelita zerknęła na swoją nogę.
- Twoje kolano jest zdrowe… – Odpowiedziała jej, wciąż nie dowierzając w to co widzi. – Zwykle przy takim urazie potrzeba jeszcze przynajmniej pełnego tygodnia ze zmianami opatrunku, do pełnego zagojenia.
Aelita również lekko zaskoczona, nie tyle brakiem rany czy choćby najmniejszego siniaka, co reakcją lekarki, spojrzała na swoją nogę. Jedyne co zauważyła, to delikatny zarys blizny. Uśmiechnęła się lekko pod nosem.
- No cóż… – Pani doktor odruchowo poprawiła włosy. – Wypiszę tylko kartę dla ordynatora i jesteś wolna. Musisz mieć naprawdę silny organizm. – Pokiwała głową z uznaniem i zabrała się do pisania.
- Słyszałam, że jest gdzieś tutaj mój kolega ze szkoły. – Zagadnęła ją nastolatka.
- A jak twój kolega się nazywa?
- William. William Dunbar.
- Ach, to ten chłopak porażony przez prąd? – Lekarka postawiła pieczątkę przy swoim podpisie. – Niestety ciągle jest w śpiączce ale jego stan ustabilizował się wczoraj po południu.
- Mogłabym go zobaczyć?
- Oczywiście. – Uśmiechnęła się do różowowłosej. – Kiedy wyjdziesz skręć w prawo i idź korytarzem do końca. To ostatnie drzwi po lewej.
- Bardzo pani dziękuję. – Dziewczyna pożegnała się, po czym wyszła z gabinetu.
Po korytarzu, w zupełnym chaosie w różnych kierunkach przemieszczały się dziesiątki lekarzy. Każdy dobrze jednak wiedział dokąd musi się udać i pomimo panującego pozornie bałaganu, zawsze trafiał do właściwej sali lub gabinetu.
Różowowłosa zgodnie z podpowiedzią pani doktor, skręciła w prawo i przyglądając się mijanym osobom i poszczególnym salom, posuwała się naprzód. Korytarz nie był długi i kończył się dwuskrzydłowymi drzwiami, prowadzącymi na blok operacyjny. Dziewczyna skierowała więc wzrok na lewą stronę, szukając odpowiedniej sali. Nie trwało to długo i już po chwili stała przed wejściem na salę 56. Nacisnęła klamkę, weszła do środka i zamknęli za sobą drzwi odcinając się tym samym, od gwaru panującego na korytarzu.
W całym pomieszczeniu dominowała sterylna biel. Zaskoczyła ją panująca tu cisza, lecz wkrótce do jej uszu dobiegło ciche pikanie monitora. Spojrzała na stojące pod ścianą szpitalne łóżko i powoli do niego podeszła.
- Witaj William… – Powitała cicho nieprzytomnego chłopaka. Podłączony do przeróżnych aparatur najrozmaitszymi rurkami i kabelkami, spał, w określonym rytmie nabierając kolejne porcje powietrza do płuc. Aelita ostrożnie się nad nim pochylając, zaczęła przyglądać się jego twarzy. Szukała. Szukała jakiejkolwiek oznaki tego, że mógł to być Xana. Obejrzała dokładnie jego czoło, lekko zmartwiona faktem, że jego oczy pozostawały zamknięte. Jeśli William został opętany, Xana mógł ulokować swoje symbole na jego źrenicach. Po chwili wahania, wysunęła ostrożnie jedną dłoń do przodu, zaciskając przy tym zęby w oczekiwaniu na porażenie prądem i delikatnie dotknęła jego barku. Zamknęła oczy. Nic się jednak nie stało. Już miała zabrać rękę z powrotem, kiedy wydało jej się, że coś poczuła. Przyłożyła dłoń z powrotem. Teraz poczuła to wyraźnie… Coś było z nim nie w porządku. Skupiła się i spróbowała wykrzesać z siebie choć trochę swoich dawnych umiejętności. Na wewnętrznej stronie dłoni poczuła dziwne delikatne mrowienie. Próbowała dalej… Otworzyła oczy. To on. To Xana! Zmarszczyła brwi. Tak, to Xana…ale coś jest z nim…nie tak… Jest jakby…jakiś inny. Cofnęła szybko dłoń pod wpływem jakiegoś przeczucia. Odwróciła głowę i zerknęła przez ramię w stronę drzwi. Korytarz był jednak pusty. Obróciła się znów w stronę czarnowłosego i jeszcze raz uważnie mu się przyjrzała.
- Nie będę już ryzykować… – Szepnęła cicho i odwróciła się gotowa do wyjścia.
Wciąż leżący William momentalnie otworzył oczy. W jego źrenicach błysnął znak Xany, po czym chłopak, bezszelestnie ze zwinnością kota, niezauważenie wsunął do kieszeni Aelity, złożoną na cztery karteczkę, zanim ta się oddaliła. Uśmiechnął się pod nosem i wyraźnie zadowolony obserwował wychodzącą dziewczynę. Gdy drzwi się zamknęły, znaki w jego oczach wyraźnie zbladły, aż w końcu zupełnie zniknęły. Ciało chłopaka opadło bezwładnie na łóżko.

* * *

- Jeremy, proszę… – Odd po raz kolejny przypuścił atak na siedzącego przed masą monitorów superkomputera, chłopaka. – Proszę, proszę, proszę!
- Odd, ile razy mam jeszcze powiedzieć „nie”, żebyś wreszcie zrozumiał!? – Jeremy zmarszczył brwi i jeszcze mocniej pochylił się nad klawiaturą. – Miałem nadzieję, że w fabryce będę miał spokój i ciszę…ale czego mogłem się spodziewać po tym, że przylazłeś tu za mną?
- Einstein, no nie bądź taki… Naprawdę nie wiem co ci szkodzi.
- Kwestia bezpieczeństwa. – Okularnik wciąż wstukiwał kolejne linijki znaków do panelu. Nie był dziś w dobrym humorze, z powodu trudności jakie sprawiała mu złamana ręka, a Della Robbia wcale mu w tym nie pomagał.
- Wyślij mnie do Lyoko… Proszę… – Odd zaczął mu zasłaniać ekran i robić słodkie oczka.
- Denerwujesz mnie Odd! – Jeremy podniósł głos.
- Xany przecież nie ma w Lyoko… Podczas gdy ty tu sobie piszesz to swoje nie wiadomo co, ja mógłbym sobie zrobić tam parę rundek na desce. – Lekko zawiedziony oparł się o podstawę holosfery. – Byłbym z tobą w stałym kontakcie i na bieżąco informował gdybym zobaczył coś podejrzanego. – Spojrzał spode łba na chłopaka. Okularnik przestał pisać i zastygł w bezruchu nad czymś się zastanawiając.
- To mógłby być taki zwiad… – Kontynuował uważnie obserwując informatyka.
- Xana jakimś cudem był poza dyskiem. To zupełnie zmienia postać rzeczy. On może być teraz wszędzie a nie tylko na dysku. Może właśnie na nas patrzy!? – Poddenerwowany Belpois wskazał na wiszącą pod sufitem kamerę. – Nie pomyślałeś o tym?
- Właśnie dlatego mógłbym iść na zwiad. – Wyszczerzył się Odd.
Jeremy ciężko westchnął i pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Jedź na dół. – Blondyn znów odwrócił się w stronę monitorów.
- Dzięki Einsteinie! – Pobiegł w stronę windy i już po chwili był w sali ze skanerami.
- Odd słyszysz mnie?
- Jasno i wyraźnie.
- Zaraz cię wyślę ale żadnych popisów ani żartów… Zrozumiano?!
W odpowiedzi usłyszał tylko cichy pomruk.
- Odd!
- Tak, tak…
Jeremy wyprostował się i ze zmarszczonymi brwiami zaczął wprowadzać komendy do odpowiedniego programu.
- Rozpoczynam proces wirtualizacji. – Wyszukał na liście Odda i zaczął znów wprowadzać kolejne pozycje. – Transfer Odda! Skan Odda! – Wcisnął enter. – Wirtualizacja!
W sali znów zapadła cisza. Jeremy wrócił do swojego panelu roboczego i zmagając się ze swoją ręką kontynuował pracę. Na początku w ogóle nie zwrócił uwagi na panującą wokół ciszę. Mijały kolejne sekundy, 10, 15, 20. Spojrzał się na boczny monitor. – Odd? – Przycisnął słuchawkę do ucha, nie słysząc odpowiedzi. – Odd? Jesteś tam?! Odezwij się! – Zaczął się niepokoić.
” A co jeśli wyszedłem z wprawy i zmaterializowałem go nie tam gdzie trzeba i wpadł do cyfrowego morza?! A jeśli to wcale nie był Odd?! Może to tylko polimorficzne spektrum, które właśnie zaniosło Xane do Lyoko?! A może Xana już tam był i Odd wpadł prosto w pułapkę?! ” – Jeremy złapał się za głowę pod natłokiem wciąż pojawiających się w jego głowie czarnych scenariuszy. Włączył moduł holosfery i nerwowo przeszukując górski sektor, znów zaczął nawoływać przyjaciela.
- Odd?! Słyszysz mnie? – Głos zaczął mu się załamywać.
Nagle usłyszał jednak stłumiony śmiech.
- Chciałbym zobaczyć teraz twoją minę! – Odd pokładał się ze śmiechu. – Słyszę cie. Nic mi nie jest.
Jeremy szybko ustalił jego pozycję i zmarszczył brwi.
- Odd!
- Wyluzuj stary… Na żartach się nie znasz?
- To wcale nie jest śmieszne. Myślałem, że coś ci się stało.
- No dobra. Przepraszam. Podeślesz deskę?
- Daj mi minutę…

* Z punktu widzenia Odda *

Mimo iż od ostatniej wizyty w tym świecie minęło ledwie półtora tygodnia, zdążyłem już się za nim stęsknić. Nareszcie miałem znów na sobie mój fioletowy strój, wspaniały koci ogon i uszy. Spojrzałem na swoje dłonie i stopy, a widząc na ich miejscu łapy, uśmiechnąłem się pod nosem. Wokół panowała cisza, co w Lyoko było rzadkością. Za czasów kiedy trzymał nad nim pieczę Xana, usłyszenie jej było czymś niecodziennym. Po chwili tuż przede mną zmaterializowała się moja deska. Moja towarzyszka licznych powietrznych pojedynków z hordami szerszeni i ogromnymi mantami. Przejechałem po niej łapą i zgrabnie na nią wskoczyłem.
- Jeremy w którą stronę do wieży przejścia? – Zawołałem.
- Wieża jest na zachodnim krańcu sektora, na szczycie góry, którą powinieneś widzieć na horyzoncie.
Osłoniłem ręką oczy, słysząc wskazówki dochodzące z nieba.
- Ok, widzę ją. – Potwierdziłem, po czym pędem ruszyłem przed siebie.

* * *

- Hej Aelita! – Pozdrowiła dziewczynę idąca korytarzem z naprzeciwka Yumi. – Jeremy cie szukał. Gdzie się podziewałaś?
- Hej Yumi. – Różowowłosa uśmiechnęła się do niej. – Miałam dzisiaj umówioną kontrolę w szpitalu, a potem poszłam odwiedzić Williama.
-Widzę, że nie masz już bandaży… – Stwierdziła Japonka, oglądając ją od stóp do głów.
- Lekarka też była pod wrażeniem. – Puściła do niej oko.
- Mówiłaś, że byłaś u Williama? Co z nim? Wiesz jak się czuje?
Aelita spuściła lekko głowę.
- Jest nadal nieprzytomny… – Przez chwilę gryzła się sama ze sobą, zastanawiając się czy powiedzieć przyjaciółce o tym co zauważyła podczas odwiedzin. Yumi błyskawicznie spostrzegła zmianę na jej twarzy.
- Co się stało? – Położyła rękę na jej ramieniu zaniepokojona.
Aelita nie mogła jednak zdobyć się na odwagę, żeby spojrzeć jej w oczy. Nie ze świadomością, że właśnie próbuje z nieznanego powodu zataić, być może dość istotny fakt.
- Pamiętaj, że mi możesz zawsze o wszystkim powiedzieć. – Nagliła ją czarnowłosa.
- Nie, nic się nie stało. – Dziewczyna uniosła lekko wzrok. – Wszystko jest w porządku.
- Jesteś pewna? – Wciąż dopytywała ją Yumi.
- Tak… Ja…ja po prostu się o niego martwię. – Wybrnęła z sytuacji.
Milczała przez chwilę.
- Gdyby Jeremy się o mnie pytał, powiedz mu, że jestem u siebie. – Zerknęła jeszcze przelotnie na przyjaciółkę i udała się do swojego pokoju.
Yumi nie zatrzymywała jej ale czuła, że Aelita czegoś jej nie powiedziała. Znała ją od dawna, od czasów zanim wróciła na ziemię, od czasów, kiedy była jeszcze więźniem cyfrowego świata. Stała jeszcze przez chwilę patrząc się, jak idzie w stronę swoich drzwi, po czym odwróciła się i z zamiarem rozmowy z Jeremy’m, udała się do fabryki.

* * *

Aelita wyczerpana padła na swoje łóżko. Kwestia Williama wciąż nie dawała jej spokoju. Martwił ją również fakt, że Xana jakimś cudem znalazł się poza swoim więzieniem i przypuścił atak. Jeśli zrobił to raz, będzie próbował po raz kolejny. Dlaczego pierwszym celem był jednak William? Spodziewała się po nim raczej ataku na siebie lub Jeremy’ego, gdyż jako jedyni są w stanie przeszkodzić mu w sieci…o ile to w ogóle jest Xana…
Wstała i wciąż rozmyślając, powoli podeszła do okna. Oparła się o parapet i wyjrzała na dziedziniec.
Czuła go tak, jak Xane…ale coś było z nim nie tak. Co jeśli to zupełnie nowe zagrożenie? Na dodatek ciągle siedzi w Williamie, trzyma go przy życiu…z pewnością powoli przejmuje nad nim kontrolę. Nie zabija… Z jej oczu wypłynęły pojedyncze łzy. To wszystko zaczyna już ją przerastać…
Drzwi do jej pokoju otworzyły się i wyjżał zza nich Urlich.
- Hej Aelita, chciałem się spytać czy może wiesz gdzie wszystkich wywiało?
Dziewczyna szybko otarła łzy i lekko odwracając się w jego stronę pokręciła delikatnie głową.
- Nie, nie wiem. – Odpowiedziała lekko łamiącym się głosem.
Urlich lekko przekrzywił głowę i podszedł do niej.
- Ej księżniczko… Co się dzieje?
- Nic się nie stało… Wszytko w porządku. – Zapewniła go, po czym zmieniła temat. – Wydaje mi się, że wszyscy poszli do fabryki…
Brunet uniósł lekko brwi.
- Chodź więc do nich razem ze mną. – Zaproponował. – Naprawdę nie widzę powodu, dla którego miałabyś siedzieć tu sama. – Uśmiechnął się do niej i poprowadził do wyjścia.

* * *

- Sektor górski czysty! Lecę na pustynię! – Zawołał Odd i pomknął w bezdenną czeluść wierzy przejścia.
- Gdybyś zobaczył coś podejrzanego, mów mi o tym od razu. – Upomniał go Jeremy.
- Pamiętam, pamiętam. – Odparł Della Robbia wypadając z wieży z prędkością torpedy i wykonując kilka piruetów w powietrzu. – Juhuuu! Szkoda, że nikt tego nie widzi.
Okularnik pokręcił tylko głową, uśmiechają się pod nosem i zabrał za wpisywanie kolejnej sekwencji, kiedy nagle coś złapało go od tyłu za gardło. Przerażony podskoczył i próbował wyrwać się z uścisku.
- To tylko ja. – Zaśmiała się Yumi puszczając go. – Szkoda, że nie widziałeś swojej miny.
- Zwariowałaś?! Czy wy wszyscy chcecie żebym koniecznie zszedł dzisiaj na zawał?! – Zaczął się awanturować.
- Oj przestań już. – Yumi wciąż nie mogła powstrzymać śmiechu ale widząc jego minę opanowała się. – No już, przepraszam. – Puściła do niego oko. – Czy ja słyszałam Odda?
- Tak. Zmaterializowałem go w Lyoko. – Odpowiedział jej już znacznie udobruchany.
- W Lyoko? Ale po co?
- Wierz mi…był naprawdę namolny… Poszedł się trochę rozerwać, przy okazji robiąc obchód i sprawdzając czy wszystko jest tam w porządku.
- I jak?
- Póki co w porządku…
Yumi pokiwała głową.
- Przyszłam tu do ciebie w sprawie Aelity…
Jeremy odwrócił się w jej stronę i uniósł pytająco brwi.
- Coś się stało?
- Tak. To znaczy nie…znaczy, myślę, że to nic poważnego. Dzisiaj po lekcjach była w szpitalu i przy okazji odwiedziła Williama. Jest nadal nieprzytomny ale kiedy o tym mówiła… Wydaje mi się, że Aelita coś zauważyła.
- Powiedziała ci o tym? – Chłopak uważnie jej słuchał.
- Sęk w tym, że nie. Wydaje mi się, że nie chce o tym mówić, a może to być coś istotnego.
Drzwi windy zaskrzypiały i zaczęły się etapowo otwierać. Jeremy i Yumi spojrzeli w tamtą stronę. Gdy drzwi otworzyły się do końca, stanęli w nich Urlich i Aelita.
- Cześć wam. – Powitał ich Urlich. – Przeszkadzamy?
- Skąd. Wchodźcie. – Jeremy uśmiechnął się do nich.
- Nie ma Odda?
- Robi zwiad w Lyoko. Podobno tutaj był nie do zniesienia. – Odparła Yumi.
Oboje zwrócili uwagę na widoczny nastrój Aelity.
Jeremy wstał i podszedł do niej. Złapał ją za ręce.
- Aelita, wiemy, że coś cię trapi. Nie musisz tego przed nami ukrywać. Zawsze jesteśmy z tobą. – Uśmiechnął się do niej. – Powiedz, co się stało? Chodzi o Williama prawda?
Dziewczyna przytakneła i niepewnie zaczęła opowiadać o tym co udało jej się wyczuć po dotknięciu ręki Williama. Wszyscy widzieli jak bardzo była tym wszystkim przejęta. Nie kryli zaskoczenia, kiedy okazało się, że nie musiał to być wcale dobrze znany im stary przeciwnik.
- Co?!
Wszyscy odwrócili się w stronę stojącego w drzwiach Włocha.
- Wybacz Odd, zapomniałem o tobie… – Jeremy podrapał się po karku.
- Dzięki. Miło z twojej strony. – Uśmiechnął się.
- Długo tu stałeś? – Zapytał go Urlich.
- Prawie od początku rozmowy… Postanowiłem sam się zmaterializować… – Odparł. – Myślicie, że…mamy nowego koleszkę Xano-podobnego?
- Najwyraźniej… – Yumi spojrzała na każdego po kolei.
Aelita usiadła na, teraz już włączonej, podstawie holosfery.
- Jeszcze niecałe dwa tygodnie temu myśleliśmy, że wszystko wróciło do normy…a teraz okazuje się, że jest jeszcze gorzej niż było… – Spuściła głowę i włożyła ręce do kieszeni.
- Nie ważne ile ich będzie i jak będą potężni. – Odd założył ramię na ramię. – Najważniejsze jest to, żebyśmy trzymali się razem.
- Odd ma rację. – Yumi pokiwała głową. – Dopóki trzymamy się razem, jesteśmy silniejsi niż jakikolwiek wróg. On…oni o tym dobrze wiedzą i na pewno będą próbowali nas rozbić, skłócić, rozdzielić. Za wszelką cenę nie możemy na to pozwolić.
Wszyscy zgodnie pokiwali głową, a na ich twarzach pojawił się uśmiech.
Nagle Aelita zmarszczyła lekko brwi i wyjęła jedną dłoń z kieszeni. Leżała na niej niewielka, złożona kilka razy karteczka. Wyjęła więc drugą dłoń i zaczęła ją rozkładać. Powoli z zagięć wyłaniały się kolejne litery. Wreszcie dało się je odczytać.
- Nie… – Wydusiła z siebie i upuściła papier.
Wojownicy odwrócili się w jej stronę, a widząc przerażenie na jej twarzy i leżący na ziemi kawałek kartki, momentalnie do niej podbiegli. Jeremy podniósł wiadomość. Drukowanymi literami wypisane było na niej tylko jedno zdanie.

” Twoja kolej…księżniczko

William ”

————————————————————————————————————-
Nareszcie to napisałam! D: Jeju, powiem tyle, że meczyłam się nad tym 9 dni i dopiero przed chwilą, pod sam koniec dostałam takiej weny, że pisałam dosłownie jak torpeda! Zauważyłam, że z każdym kolejnym rozdziałem potrzebuję coraz więcej czasu na jego napisanie. Bardzo dobrze siebie znam i wiem, że jest to oznaką tego, że się wyczerpuję. Jeszcze kilka dni i znowu, ta książka trafi do stosu porzuconych i niedokończonych książek, dlatego żeby temu zapobiec robię sobie przerwę… Zregeneruję siły, nabiorę nowych chęci, pomyślę nad dalszą fabułą…odpocznę trochę. Wrócę z kolejnym rozdziałem możliwe, że pod koniec sierpnia i obiecuję Wam, że wrócę na pewno! ;D Nie chcę zmarnować „Xany 3.0″, tym bardziej, że właśnie zaczęło się coś dziać! Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i zapraszam do komentowania ;)
Wasza Aelita Sefer Schaeffer-Coxen

2x Liebster Awards + krótka informacja ;)

Witam Was bardzo serdecznie, moi nieposkromieni, potężni Wojownicy Lyoko, na centralnej arenie sektora piątego – Kartaginy! … Wybaczcie…to chyba nie ten scenariusz… (szczerzy się głupkowato i powoli wycofuje) No cóż, chyba mi ostatnio odbija xD
Zostałam w ostatnim czasie dwukrotnie nominowana do Liebster Awards przez Michała Mazgaja i Dagmarę Kamińską. Dziękuję Wam za to ogromnie ;*
Jest to pierwsza moja nominacja. Łącznie otrzymałam dwanaście pytań, dzięki którym wielu z Was dowie się o mnie trochę więcej ;D Czym zaś jest Liebster Awards? W internecie na wielu stronach krąży jedna, myślę, że najbardziej trafna definicja…

” Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował.”

No cóż nie będę się z nią sprzeciwiać, wierząc, że jej autor znał się na rzeczy ;) Zastanawiam się tylko skąd wytrzasnę 11 osób do nominacji, skoro wedle definicji – jestem autorem bloga „o mniejszej liczbie obserwatorów” ;v Ale to tylko taki szczegół xD

No cóż zaczynamy! Najpierw odpowiem na 2 pytanka zadane mi przez Michała ;)

1. Jak powstał wasz blog? Od czego się zaczęło i dlaczego jest właśnie o tym o czym jest?

* Hmmm… Mój blog powstawał w okropnych męczarniach xD Kurczę…nie wiem od czego zacząć. Po latach zaczęłam wracać do Code Lyoko. Działo się to podczas pisania jednej z moich książek „Dragon’s Riders – The Dark Dimension”. Znajomi, którzy byli również bohaterami tej powieści i wiedzieli, że w niej występują zaczęli mieć do mnie wonty o to, że oglądam takie „bajki dla 6 latków” jak oni to ujęli :v Pokłóciliśmy się o to, bo nie byli w stanie tego zaakceptować. Ja oglądałam serię dalej. Zaczęłam zrywać z nimi kontakty. Książka przeszła ewolucję – przestałam pisać tą i zaczęłam nową z tej samej serii „Dragon’s Riders i Wojownicy Lyoko”. Kiedy skłóciłam się z nimi, nie chciałam aby moi znajomi byli już bohaterami mojej książki. Porzuciłam ją po napisaniu kilku stron. Moja pasja do Code Lyoko kwitła dalej. Pokochałam je ponownie po latach. Widząc nową serię Ewolucję załamałam się… Jak mogli – myślałam – gdzie te wspaniałe soundtracki? Gdzie ich wyglądy z sezonu 4? A gdzie moje ukochane postacie z ziemi?! Jeremy i Aelita?! Tak zaczęła powstawać moja kontynuacja. Mijały miesiące, styczeń, luty. W marcu założyłam bloga, wstawiałam pierwsze rozdziały. Rozruch był równy zeru przez kilka miesięcy. Porzuciłam go… Pisałam dalej tak jak zawsze, dla siebie. Postanowiłam spróbować jeszcze raz i tak w czerwcu wreszcie coś się ruszyło…i to właśnie dzięki Tobie… Byłeś tu pierwszy ;)
Ale się rozpisałam… *

2. Jakiego rodzaju muzyki słuchacie i dlaczego? Jak zaczęliście jej słuchać, co wam się z nią kojarzy?

* Słucham twardego rocka i metalu zespołów takich jak Tool, Three Days Grace, Linkin Park i mój ulubiony – Earshot, oraz Try Hard Ninja, którzy tworzą piosenki techno/elektronika na podstawie gier takich jak np. moja ulubiona seria Five Nights at Freddy’s *o* lofciam ich tytuły. Słucham tych gatunków, bo kiedy tak jak w przypadku Earshota czy Linkin Park, nagle utwór dostaje (najczęściej w refrenie) takiego jakiegoś…kopa, mocy, power’a… Ja po prostu w tedy odlatuję… Właśnie z takich utworów czerpę energię do życia, gdyby nie one zginęłabym, to mój narkotyk… Zaczęłam słuchać ich jakby…przypadkowo. Zaczęłam po prostu oglądać filmiki muzyczne z Code Lyoko i innych serii…wszystkie kojarzą mi się po prostu…z wolnością i siłą… *

Bardzo się rozpisałam… Ale taki jesteś ;) Niby proste pytania, a potrafisz mnie nimi otworzyć… Pozdrawiam Cię Michał ;3

Teraz czas na pytania od Dagmary ;D

1. Ulubiony miesiąc?
* Maj… Tak zdecydowanie. Wszystko jest takie soczysto zielone, pełno zapachów w powietrzu i śpiewu moich skrzydlatych przyjaciół… (rozmarzona) *
2. Ulubione danie?
* Spaghetti! Lofciam spaghetti xD*
3. Gdybyś mogła/mógł zamienić się z jedną osobą życiami, kogo byś wybrał/a?
* Niezwykłe pytanie… Nie mam zielonego pojęcia. Gdybym miała możliwość zamieniłabym się z Bielikiem ale pytasz o osobę… Nie jestem w stanie odpowiedzieć, przepraszam ale najchętniej oddałabym to życie nie chcąc nic w zamian… ;( *
4. Kraj, w którym chciałabyś zamieszkać?
* Francja <3 Mam wielki sentyment do tego kraju. Może kiedyś mi się uda *
5. Wymarzona praca?
* Póki co lekarz ale nie jestem jeszcze w stanie określić specjalizacji. Może wcale nie od ludzi? ;D *
6. Ulubione stworzenie fantastyczne?
* Smok… Nic dodać nic ująć. *
7. Co uwielbiasz robić w wolnym czasie?
* Słuchać muzyki…pisać…rysować… Najlepiej wszystko naraz xD *
8. Ideał przyjaciela/przyjaciółki?
*Hmm… Jeden ale zaufany, na lata. Taki który nie obgada, kiedy się odwrócę do niego tyłem… *
9. Czego najbardziej pragniesz: miłości, szczęścia czy pieniędzy?
* Jest inna opcja? XD Najbardziej w życiu pragnę spokoju… Niczego więcej mi nie trzeba. *
10. Ulubiony sport?
* Pływanie i jazda na rowerze *
11. Twój ukochany paring z anime/mangi?
* Nie oglądam anime, a mangi..? Przyszła do mnie ostatnio przyjaciółka, wcisnęła kilka mang i poszła zostawiając mnie z wykrzywioną w niemym pytaniu gębą xD Dopiero się z nimi zapoznaję xD ale spokojnie, wiem jak je czytać ;D *

No to chyba wszystko. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam ;) Troszkę nagnę zasady i dam mniej pytań i mniej nominacji…nie mam w końcu chyba aż tylu możliwości xD A oto i pytania…

1. Jaki jest Twój ulubiony rodzaj muzyki? Wykonawca? Tytuł ulubionego utworu?
2. Twoja ulubiona gra i postać która z niej pochodzi?
3. Jaki jest Twój ulubiony kolor? Co Ci się z nim kojarzy? Wczuj się, opisz dokładnie…
4. Jaki jest Twój ulubiony cytat? Z gry, filmu, książki, piosenki, wypowiedzi jakiejś osoby…może pochodzić zewsząd ;)
5. Co czujesz kiedy patrzysz w nocne niebo? (Moje ulubione pytanie…)
6. Gdybyś miał/a jedno życzenie…co by nim było? (pamiętaj zasadę – Nie można prosić o więcej życzeń)

No… Kogo by tu nominować… Szkoda, że nie można tych, którzy nominowali mnie… Nich bedą winc :

1. Avery – http://opowiadaniakodlyokoavery.blog.pl
2. Kara – http://kod-lyoko-opowiadania-kary.blog.pl/#_=_
3. Agnieszka Katarzyna – http://dunbarka10.blogspot.com

Póki co to tyle. ;D Bardzo dziękuję Wam za wsparcie, klikane przez Was łapki w górę i komentarze! Chciałabym jeszcze na koniec dodać, że mój blog po raz drugi startuje w konkursie, w kategorii "Najlepszy blog miesiąca : Sierpień 2015" ;) Dziękuję za każdy głos! Za pierwszym razem mogłam pochwalić się niechlubnym wynikiem równym…proszę o werble xD…równym 0! Ale każdy fan Lyoko wie, że Aelita tuż po przybyciu na Ziemię również zaliczyła Falstart ;D Jestem tu wciąż nowa i nie dziwię się temu, ani też nie wstydzę. Jeszcze raz wszystkim Wam dziękuję, życzę mnóstwo weny wszystkim piszącym i chęci, abyście nigdy się nie poddali!
Pozdrawiam!

Aelita Sefer Schaeffer-Coxen

Rozdział 13 „On jest silniejszy niż nam się zdaje…”

- Jeremy, jesteś pewny, że w tym miejscu powinna być umieszczona ta komenda? – Aelita lekko przekrzywiła głowę. – Na tym wzorze jest pokazany kod N-132.
Chłopak zerknął na nią.
- Masz rację. – Uśmiechnął się. – Ale pamiętaj, że to schemat Xany. W tym miejscu nie możemy użyć tego kodu, nie chcemy stworzyć przecież jego klona. – Puścił do niej oko.
- Racja. – Podrapała się po głowie.
Znów cierpliwie obserwowała wstukującego kolejne linijki kodów chłopaka. Przeniosła wzrok na boczne monitory i podstawę holosfery. Kiedyś wyświetlająca poszczególne sektory i światy, teraz tkwiła zimna, nieprzydatna, w spoczynku. W pomieszczeniu znajdującym się pod ogromną opuszczoną fabryką, trwała przenikliwa cisza, przerywana jedynie odgłosami stukania w klawiaturę.
- Potrzebuję teraz twojej pomocy. – Zwrócił się do niej i wypisał na karteczce jakieś dane. – Musisz obliczyć to działanie, żebym mógł podać bazie programu odpowiednie koordynaty.
- Już się do tego zabieram. – Odebrała podaną jej kartkę. – A co potem?
- Po wprowadzeniu koordynatu, baza wchłonie pierwsze podstawowe sekwencje i…skończymy pierwszy etap.
- Rdzeń…
- Dokładnie.
Minutę później podała mu kartkę z rozwiązaniem i znów spojrzała na ekran. Pochłonięty pracą blondyn odczytał wynik i zaczął wprowadzać kolejne linijki znaków do panelu. Tymczasem dziewczyna podeszła do niego od tyłu i obejmując jego szyję, położyła głowę na jego ramieniu.
Chłopak lekko zaskoczony, mimowolnie zadrżał. Wpisał ostatnią linijkę i wcisnął enter. Na monitorze pojawił się pasek postępu. Obydwoje patrzyli na szybko przesuwającą się kreskę. Gdy dotarła do prawej krawędzi, na ekranie wyświetlił się zielony plus otoczony kołem i komunikat o poprawnie przeprowadzonej operacji. Jeremy rozprostował ręce i spojrzał na wciąż przytuloną do niego dziewczynę.
- Jeśli dalej będzie nam tak dobrze szło, to skończymy nasze dzieło w tydzień, góra dwa. – Uśmiechnął się do niej.
Aelita odwazejmniła uśmiech. Nigdy nie była tak szczęśliwa. Była w nim zakochana od kiedy ten ją znalazł i nawiązał pierwsze połączenie, a teraz nareszcie wyznał jej to, co do niej czuje. Był tak blisko, czuła bicie jego serca. Jeszcze nigdy wspólna praca nie sprawiała jej tyle przyjemności.
Wtem drzwi windy otworzyły się i stanęła w nich Yumi.
- Łał! Nie przeszkadzam? – Spytała zaskoczona, przyłapując dwójkę.
Para odskoczyła od siebie jak oparzona.
- No i wszystko zepsułam… – Podsumowała z nutką rozczarowania w głosie. – Naprawdę nie musicie się z tym ukrywać. – Puściła do nich oko.
- Yumi ale o czym ty mówisz? Przecież my tylko… – Nie dokończyła, gdyż czarnowłosa jej przerwała.
- Proszę was… – Uśmiechnęła się do nich. – Nawet nie wiecie jak się cieszę z waszego powodu. – Oparła się o fotel Jeremiego. – Od kiedy? – Spytała konspiracyjnym szeptem.
- Od wczoraj. – Odpowiedzieli jej w tym samym czasie uśmiechnięci i spojrzeli się na siebie.
- Wpadłam zobaczyć nad czym pracujecie. – Zerknęła na ekrany.
- Nad naszym programem. – Odpowiedział jej blondyn. – Mamy dzisiaj wolny dzień i chcemy go jakoś wykorzystać.
- Hmm… Ciekawa odmiana. No ale jak uważacie, to w końcu wasza decyzja. – Spojrzała na dwójkę. – Ja w każdym razie lecę do szkoły bo spóźnię się na pierwszą lekcję. Razem z Williamem piszemy dziś test z matmy… – Wykrzywiła twarz w grymasie niezadowolenia. – Narazie! – Pomachała im biegnąc w stronę windy.
Przyjaciele odmachali jej i w fabryce znów zapadła cisza.
- Jeśli nie masz ochoty, nie musimy pracować dzisiaj nad tym programem. – Zaproponował blondyn po chwili.
- Szczerze mówiąc… – Zatrzymała go w niepewności. – Stęskniłam się za programowaniem. Chcę tu zostać, tym bardziej, że to nasze wspólne dzieło. – Położyła dłoń na jego dłoni.

* * *

Szukający się właśnie do pierwszych lekcji William, pakował ostatnie książki do plecaka. Najedzony zjedzonym przed chwilą śniadaniem i spakowany, powtarzał ostatnie reguły i pojęcia do testu. Otworzył podręcznik na właściwe stronie, gdy w pewnym momencie drzwi do jego pokoju, zamknęły się nagle mocno, z hukiem.
Zmarszczył brwi, pewny, że to znów kawał młodszych klas. Poderwał się więc szybko, żeby dorwać odpowiedzialnego za to smarkacza. Podbiegł drzwi i nacisnął klamkę. Drzwi ani drgnęły. Szarpnął je z całej siły. Bez skutku. Lekko poddenerwowany zaczął napierać na nie całym ciężarem ciała, a gdy i to nie pomogło wziął rozpęd. Odbił się tylko od nich i jak piłka wrócił na środek pokoju.
Przeszły go dreszcze. Podszedł do nich i waląc w nie z całej siły pięścią, zaczął krzyczeć i wołać pomocy. Z drugiej strony panowała jednak nieznośna cisza. William zaskoczony niecodzienną sytuacją, zaniepokojony znów wycofał się na środek pokoju. Spojrzał w stronę okien. Jego pokój znajdował się na drugim piętrze, więc ani myślał przez nie wyskakiwać. Podszedł do niego i wyjżał na dziedziniec. Pustka. Zacisnął pięści w geście bezsilności. W tedy jego wzrok padł na leżącą na jego biurku komórkę. Olśniło go. Zadzwoni po pomoc. Jeremy i Aelita mają dzisiaj wolne i nie ma ich na lekcjach, może mu pomogą. Wziął telefon do ręki i zaczął szukać Jeremiego w kontaktach. Uniósł brwi, gdy nagle jego telefon przestał współpracować i zaczął samodzielnie przeskakiwać kolejne pozycje.
- Co do… – Nie dokończył, gdy poraził go prąd.
Jego mięśnie skurczyły się w potwornym bólu, uniemożliwiając mu puszczenie sprzętu. Prąd nadal raził go niemiłosiernie, przeszywając po kolei każdą komórkę jego ciała. Nieokiełznana siła pastwiła się nad nim, docierając do każdego nerwu z osobna i wybijając dzielnie trzymające się dotąd serce z rytmu. Ręka czarnowłosego zaciskała się wciąż coraz mocniej na źródle swojego cierpienia, wbrew jego woli.
Nagle wszystko skończyło się równie szybko jak się zaczęło. Telefon mrugając ekranem, podczas walki z zakłóceniami, upadł na podłogę. Tuż obok niego, bezwładnie runął William. Z pół przymkniętymi oczami, nieprzytomny walczył o choćby najmniejszy, najpłytszy oddech.

* * *

Rostrzęsiona Yumi, stała obok dzwoniącego, poddenerwowanego Niemca i spokojnego, niczym nie przyjmującego się Włocha.
- Dlaczego nie odbiera..? – Denerwował się Urlich, po raz kolejny słysząc pocztę głosową Jeremiego. – To do niego nie podobne.
- Próbuj dalej. – Nagliła go Japonka. – Może po prostu nie słyszy.
- Pewnie jak zwykle jest zajęty. – Podsumował Odd kopiąc czubkiem buta ścianę.
- Taa… – Brunet pokiwał głową. – Teraz pewnie bardzo…
W końcu blondyn odebrał.
- Halo? – Dobiegł jego głos z słuchawki.
- Einstein, nareszcie… Dlaczego nie odbierałeś?!
- Eeee…pracujemy nad tym nooo…programem. Nie słyszałem telefonu.
Ulrich uśmiechnął się w stylu „Taa…jasne” ale udał, że nie słyszy zakłopotania w jego głosie, ani cichego chichotu rozbawionej sytuacją Aelity.
- Jeremy, sprawa jest poważna. – Brunet zmienił ton. – 10 minut temu pod szkołę przyjechała karetka. Zabrali Williama. Udało mi się dowiedzieć tylko, że został porażony przez prąd i znaleziono go nieprzytomnego w jego pokoju. Co dziwniejsze jego drzwi były zatrzaśnięte i nauczyciele musieli je wyważyć. Nie wiemy co o tym myśleć. – Dodał czekając na odpowiedź.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
- Jeszcze przed tygodniem, byłbym skory pomyśleć, że to Xana…ale to przecież nie możliwe… – Odezwał się po chwili Jeremy.
- Też o tym myśleliśmy.
- Dawno się to stało?
- Tuż przed lekcjami. – Odparł Niemiec. – Nauczyciele zastanawiali się, co skłoniło go do opuszczenia sprawdzianu i zaczęli go szukać.
- Wiecie coś jeszcze?
Ulrich zastanowił się chwilę.
- Lekarz wspominał coś o śpiączce. Jest w ciężkimi stanie.
- W porządku, zaraz do was przyjedziemy. Spotkamy się w moim pokoju za 5 minut. – Powiedział blondyn, po czym się rozłączył.

* * *

- To jedyna rzecz, która leżała u Williama na podłodze. – Ulrich położył komórkę chłopaka na biurku Jeremiego. – W dodatku leżała tuż obok niego.
Siedzący na swoim krzesełku Jeremy, wziął ją ostrożniej w ręce i obejrzał. Gdy wzbudził ją ze stanu uśpienia, ekran zaczął mrugać w losowych odstępach.
- I co Sherlocku? – Odd spytał go siadając na łóżku. – Wywnioskowałeś już coś?
- Wygląda na to, że William trzymał telefon w ręce, w momencie kiedy poraził go prąd… Wyświetlacz LCD jest przepalony.
- Tyle już wiemy… Może coś nowego? – Znudzony chłopak z fioletowym pasemkiem we włosach, nie dawał za wygraną.
Wszyscy oprócz Jeremiego spojrzeli na niego karcąco . Informatyk był zbyt zajęty wpatrywaniem się w zepsuty telefon.
- Prąd musiał przepływać przez ciało Williama, aż dotarł też do trzymanej przez niego komórki. – Stwierdziła Aelita.
- Albo…to komórka poraziła jego. – Einstein spojrzał na resztę.
W pokoju na chwilę zapadła cisza.
- W takim razie dlaczego nie razi też ciebie? – Yumi patrzyła to na urządzenie, to na chłopaka.
- Ładunek mógł się już wyładować. Nic mi nie grozi.
- Czegoś tu nie rozumiem… – Ulrich podrapał się po brodzie. – Jak to telefon poraził go prądem?
Wszyscy znów zwrócili wzrok na okularnika.
- Też mnie to zastanawia… Opcje są dwie. – Jeremy poprawił okulary i położył telefon na blacie biurka. – Zwarcie…albo…
- Chwila, przecież wykluczyliśmy tą opcję. – Yumi pomachała rękami przed twarzą. – To nie Xana, zrozumcie to wreszcie. On leży tutaj, zabezpieczony i nie ma szans na wydostanie się. – Desperacko przenosiła wzrok na wszystkich po kolei, szukając wsparcia.
- Spokojnie Yumi, ja też w to nie wierzę…ale sprawdzić muszę. – Zapewnił ją informatyk. – Rozłożę komórkę Williama i sprawdzę co się… – Położył dłoń na wciąż mrugającej komórce i momentalnie przez jego ciało przepłynął prąd. Jego mięśnie zaczęły się kurczyć, zaciskając na telefonie. Z jego ust wyrwał się okrzyk bólu. Przerażeni Wojownicy stali zszokowani, nie mając zupełnie pojęcia co zrobić. Ulrich błyskawicznie odzyskał zdolność myślenia i w jednym momencie podjął szybką akcję ratunkową. Chwycił stojącą obok niego szczotkę i wyciągając z niej kij, wybił nim urządzenie z ręki Jeremiego. Odd i Aelita którzy po chwili również rzucili się na ratunek, złapali blondyna zanim upadł na podłogę. Chłopak walczył przez chwilę o oddech lecz szybko odzyskał kontrolę nad swoim ciałem i oparł się o łóżko.
- Przykro mi ale nie wygląda mi to jednak na zwykłe zwarcie… – Urlich oparł się drewniany kij.
- Spójrzcie…na…dysk… – Wydyszał cicho Jeremy, wskazując w stronę czarnego przedmiotu leżącego na blacie.
Przyjaciele posłusznie powędrowali wzrokiem na biurko. Po czarnym prostopadłościanie szybko przeskakiwały niewielkie wyładowania elektryczne. Spuścili wzrok na podłogę. Po leżącym na ziemi telefonie, wędrowały identyczne ładunki.
Yumi wstała i jednym mocnym uderzeniem, swoim ciężkim butem zmiażdżyła leżące na podłodze urządzenie.
- Musimy się go pozbyć zanim będzie za późno…

* * *

W szpitalnej ciszy, pielęgniarka spisywała parametry zapadłego w śpiączkę czarnowłosego chłopaka. Obeszła całe łóżko dookoła, przyjrzała się uważnie kroplówce i zbadała tętno pacjenta. Zajrzał do niej lekarz.
- I jak z nim? – Zapytał ją gdy podała mu raport. – Uuuu… – Pokręcił głową. – Nie jest dobrze. Tętno niestabilne, lekkie zburzenia akcji serca. – Zerknął na nastolatka. – Jakieś obrażenia wewnętrzne, zewnętrzne?
- Tylko tutaj, poparzenie dłoni. – Wskazała pielęgniarka. – Zostało już opatrzone.
- Jego stan jest poważny. Nie wybudzi się wcześniej jak za tydzień, góra dwa… Wcześniej nie ma na to szans…
Oglądając poszczególne karty pacjenta, opuścili salę. W pomieszczeniu znów zapadła cisza, przerywana jedynie pojedynczymi piknięciami monitora funkcji życiowych.
Nagle po ciele Williama, przemknęła bezgłośnie jedna, drobniutka błyskawica. Monitor piknął trochę głośniej niż dotychczas a zdrowa dłoń chłopaka zacisnęła się w pięść. Gwałtownie otworzył oczy. Widać było, że z czymś walczy. Potężna siła próbowała wedrzeć się do jego umysłu. W jego oczach zaczął migotać złożony z trzech geocentrycznych kół, symbol. Momentalnie walka ustała tak szybko jak się zaczęła, a nastolatek z lekkim uśmiechem na ustach, rozluźniony usiadł na szpitalnym łóżku.
- Tylko na chwilę William… – Wymruczał nie swoim głosem, wciąż połyskując symbolem w oczach. – Tylko na chwilę…
——————————————————–
Oto rozdział 13! Zauważyłam, że ostatnio robię coraz dłuższe przerwy w dodawaniu kolejnych rozdziałów… Widocznie potrzebuje na to więcej czasu niż dotychczas ;/ Przestałam dodawać też obrazki do rozdziałów. Uznałam to za zbędne i nie będę tego robić, no chyba, że przyjdzie mi do głowy jakiś sensowny i pasujący. Zajmują one przestrzeń dyskową, a nie wiem ile będzie mi jej potrzebne na sam tekst.
Za tydzień wyjeżdżam nad morze do jednego z moich ukochanych miast – Gdyni. Będę tam również pisać ale nie wiem jak mi będzie szło.
Pozdrowionka dla wszystkich czytelników! ;D
Aelita Sefer Schaeffer-Coxen

Rozdział 12 „Oto Xana…”

- Urlich… Ja naprawdę chciałbym ci jeszcze raz podziękować. – Niewysoki blondyn w okularach, w ciemnych oprawkach na nosie spojrzał na idącego obok niego bruneta. – Gdyby nie wasza błyskawiczna akcja… Ja naprawdę nie wiem jak by się to skończyło.
- Oj Einstein przestań już bo się rozkleję. – Chłopak spojrzał na niego z ukosa. – Widziałeś się już z Aelitą?
- Nie. – Jeremy pokręcił przecząco głową. – Od kiedy rozdzielili nas w szpitalu nie miałem z nią żadnego kontaktu… – Spuścił głowę.
- A jak z twoją ręką? – Spytał Urlich. – William twierdził, że w życiu nie…
- Nie widział tak zmasakrowanej kończyny? – Dokończył za niego spoglądając na szczelnie pokryte gipsem przedramię. – Szczerze mówiąc…ja też nie. – Uśmiechnął się do niego. – Nigdy nie zapomnę miny lekarza, który zapytał mnie jak to się stało.
Stern cicho zachichotał.
- Wracając do Aelity… Słyszałem, że już dziś wypiszą ją ze szpitala. Trzymali ją jeszcze na obserwacjach. – Zaczął przyglądając się Jeremiemu.
Chłopak milczał lecz po jego twarzy przemknął nieśmiały uśmiech.
- Jeremy? Nie chciałbym się wtrącać… – Urlich lekko przekrzywił głowę. – Ty i Aelita…eee…czy wy…?
- Wiem do czego zmierzasz. – Blondyn zmarszczył brwi. – Co was to wszystkich tak interesuje? – Schował prawą dłoń do kieszeni i wbił wzrok w ziemię. Jego nadąsanie nie trwało jednak długo, bo już po chwili kontynuował rozmowę.
- Czy…czy to jest aż tak oczywiste? – Zapytał nieśmiało.
- Jeszcze się pytasz?! – Urlich szturchnął go w ramię z uśmiechem na ustach. – Nie trzeba was znać żeby zorientować się, że na siebie lecicie. – Puścił do niego oko. – Stary, na co jeszcze czekasz?! Po tej akcji w lesie nie powinieneś mieć już żadnych wątpliwości. Gdyby nie ona, dzisiaj by cię tu nie było!
- Nie zostawiła mnie… Mimo wszystko. – Jeremy w zamyśleniu kopnął leżący przed nim kamyk.
- Owszem ale pomyśl. Skąd niby nagle wzięliśmy się tam również my i Jim? Skąd ta cała akcja ratunkowa? – Kontynuował Urlich, a widząc zdziwioną minę przyjaciela, tłumaczył dalej. – Jeremy proszę cię! Rusz mózgiem. To wszystko to też zasługa Aelity!
Jeremy uniósł brwi.
- Wysłała do nas SOS SMS-em. Powiedziała gdzie jesteście i w skrócie nakreśliła sytuację. Powiadomiliśmy Jima. Wiadomość dotarła do dyrektora i podczas gdy on wzywał pogotowie, my już biegliśmy na ratunek. – Urlich zatrzymał się przed nim. – Jeremy, to jej powinieneś dziękować a nie mnie. Gdyby nie ona, nikt nawet nie wiedziałby, że coś wam się stało.
- Naprawdę to wszystko…to wszystko ona? – Jąkał się blondyn, przyswajając to co przed chwilą usłyszał.
- Decyzja należy do ciebie. – Brunet położył mu rękę na ramieniu.
Belpois spuścił głowę uśmiechnięty.
- Idziesz na kolację? – Urlich zmienił temat. – Wydaje mi się, że po tym wszystkim powinieneś zjeść coś porządnego.
- Nie. Nie mam ochoty. – Jeremy pokręcił przecząco głową. – Pójdę się położyć. Poczekam na Aelitę.
- Jak uważasz. Myślę, że nasz kochany Odd nie przepuściłby takiej okazji.
- Możesz przekazać mu, że oddaję do jego dyspozycji swoją porcję. – Odparł blondyn.
- W porządku. – Urlich uśmiechnął się jeszcze i skręcił w stronę stołówki, przed którą czekał na niego Odd z Williamem. – Trzymaj się! – Rzucił machając, po czym pobiegł w stronę chłopaków.
Jeremy pomachał pozdrawiającym go kolegom i udał się do internatu.

* * *

Przy stoliku zajmowanym często przez Wojowników siedziała już Yumi. Pomachała idącym w jej stronę chłopakom.
- Widziałeś się z Jeremy’m? – Zwróciła się do Urlicha kiedy usiadł.
- Tak. – Przytaknął. – Właśnie wrócił ze szpitala.
- Nie przyszedł na kolację? – Odd zrobił wielkie oczy i z wysuniętym językiem zaczął pałaszować pierwszą kanapkę.
- Nie i mam dla ciebie związaną z tym dobrą wiadomość… Kazał ci przekazać, że oddaje ci swoją porcję.
- Super! – Ucieszył się. – Chociaż…trochę mi głupio po tym jak zachowałem się w fabryce… – Zmarkotniał.
Na wspomnienie ostatnich wydarzeń Yumi spuściła głowę.
- Hej, Yumi nie dołuj się. Stało się ale to już przeszłość. – Spróbował pocieszyć ją William.
- Zachowałam się w tedy tak…tak podle… Byłam okropna… – Dziewczyna zacisnęła pięść. – Nie mogę sobie tego wybaczyć…
- Uspokój się. Najważniejsze jest to, że tego żałujesz i to, że wszystko dobrze się skończyło. – Urlich spojrzał jej w oczy. – Dzisiaj wszyscy wybierzemy się wieczorem do Jeremiego. Zgoda?
Wszyscy pokiwali głowami.
- A co z Aelitą? Masz jakieś wieści? – Spytał go William.
- Dzisiaj mają wypuścić ją ze szpitala. Nic jej nie jest. Przyjedzie do Kadic wieczorem.
Nagle Yumi uniosła lekko głowę.
- Mamy gościa. Zgadnijcie kto do nas idzie.
- Jeremy jednak zmienił zdanie? – Urlich zerknął przez ramię do tyłu. – Pudło…
- Sissi? – Odd spojrzał na zmierzającą w ich stronę dziewczynę.
Widząc, że chłopak na nią patrzy, radośnie do nich pomachała.
- Wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego, że już nie jesteśmy wrogami numer 1… – Westchnęła Yumi mieszając leniwie łyżką herbatę. – Tak samo jak wciąż nie mogę uwierzyć w to, że ten cały koszmar jeszcze się nie skończył…
- Wszystko wokół się zmienia…ale ten fakt najwyraźniej nie zmieni się nigdy. – Dodał cicho Urlich.
Przy stoliku zapadła ponura atmosfera i wszyscy spuścili nieznacznie głowy.
- Cześć wam! – Powitała ich radośnie córka dyrektora. – Co wszyscy tacy smętni? – Spytała zajmując wolne miejsce.
- Naprawdę długo by opowiadać… – Odparła Yumi.
- To pewnie z powodu Jeremiego i Aelity? Widzieliście się już z nimi?
- Z Aelitą jeszcze nie, z Jeremy’m tylko Urlich. – William napił się herbaty.
- Słyszałam o tym co się stało. Nie rozumiem tylko po co Jeremy uciekł do tego lasu. – Dziewczyna zamyśliła się.
- Będziemy się zbierać… – Przeprosił ją Ulrich. – Chcieliśmy odwiedzić jeszcze dzisiaj naszego Einsteina.
- Nie ma sprawy. – Sissi uśmiechnęła się. – Nie będę wam przeszkadzać. Pozdrówcie ode mnie oboje.
Wojownicy odpowiedzieli jej szczerym uśmiechem.
- Nawet nie wiecie jak bardzo się cieszę, że się przyjaźnimy. – Dodała jeszcze wstając. – Do zobaczenia! – Pomachała im na pożegnanie i ruszyła w stronę wyjścia.
Przyjaciele odmachali jej, po czym popatrzyli po sobie nawzajem.
- Aż nie mogę uwierzyć w to jak bardzo się zmieniła… – Stwierdził Odd.
- Może to i dobrze… – William wstał. – I tak mamy już o jednego wroga za dużo. Im mniej jest ich na ziemi, tym lepiej dla nas.
Wszyscy pokiwali w zgodzie głowami, po czym udali się do wyjścia.

* * *

Jeremy wyrwany z zamyślenia podniósł się z łóżka i powoli podszedł do biurka. Oparł zdrową rękę o blat i marszcząc brwi, przyjrzał się niewielkiemu, czarnemu, lśniącemu przedmiotowi. Jeden z ostatnich promieni słońca, odbił się od gładkiej powierzchni dysku, eksponując sporą, przechodzacą przez prawie całą długość urządzenia, głęboką rysę.
- Wydaje ci się, że wygrałeś? – Spytał cicho, nie oczekując odpowiedzi i odszedł z powrotem w stronę łóżka.
- Jeszcze się zdziwisz… – Wycedził chłopak. – Obydwoje zyskaliśmy pamiątki po tym wydarzeniu. Mam nadzieję, że dzięki temu zapamiętasz, że ja też jestem zdolny do poświęceń…
Usiadł ciężko na brzegu łóżka i pełnym nienawiści spojrzeniem po raz kolejny zmierzył szczelnie zamkniętego w swoim więzieniu, wroga.
Rozległo się pukanie do drzwi.
- Aelita? – Jeremy momentalnie zerwał się na nogi.
Zza uchylonych drzwi wyjżał jednak Jim.
- Nie, jeszcze nie przyjechała. – Wuefista uśmiechnął się do niego.
Jeremy lekko zmieszany udał, że poprawia okulary.
- Przyszedłem przekazać ci wiadomość od naszego dyrektora. – Oparł się o framugę. – Ty i Stones jesteście zwolnieni z jutrzejszych lekcji, na zlecenie dyrektora waszego oddziału szpitalnego. Nie muszę chyba jednak dodawać, że nie zwalnia was to z uzupełnienia zaległości. Masz również półtora miesięczne zwolnienie z zajęć wychowania fizycznego. – Mężczyzna spojrzał z ukosa na jego rękę. – Ale żeś sobie ją załatwił. – Pokręcił głową. – I tak masz szczęście, że to lewa.
Jim rzucił jeszcze okiem na jego pokój.
- Przekaż to co ci powiedziałem pannie Stones. Trzymaj się młody. – Poczochrał go lekko, po czym wyszedł zamykając za sobą drzwi.
Jeremy uniósł lekko jedną brew i ułożył swoje włosy do pierwotnego stanu.

* * *

Główną bramą, na szkolny plac wjechała połyskując żółtym lakierem, taksówka. Już po chwili znalazł się przy niej Jim i otworzywszy drzwi, pomógł wysiąść z niej różowowłosej dziewczynie.
- Witamy z powrotem w Kadic. – Uśmiechnął się do niej, po czym zwrócił się do kierowcy. – Szkoła ureguluje opłatę za kurs. Bardzo Panu dziękuję.
Kierowca skinął głową, pożegnał się i opuścił teren szkoły.
Moralez zmierzył dziewczynę wzrokiem. Na pierwszy rzut oka wyglądała tak jak zawsze. Ciemna sukienka z jasnoróżowymi pomponami, uśmiech na twarzy, pięknie lśniące w słońcu różowe włosy. Jej prawa noga, na wysokości kolana, była jednak szczelnie pokryta śnieżnobiałymi bandażami.
- Jak się czujesz? – Zagadnął ją kiedy zmierzali w stronę budynku. – Wszystko w porządku?
- Tak. Czuję się dobrze. – Uśmiechnęła się. – Jestem tylko zmęczona.
- Może jesteś głodna? W stołówce wydadzą ci jeszcze kolację.
- Nie, dziękuję. Nie jestem głodna. – Dziewczyna pomachała rękami.
- W takim razie idź do internatu. – Polecił. – Odpoczynek dobrze ci zrobi.
- Tak zrobię. Dziękuję. – Rzuciła jeszcze, po czym weszła ostrożnie schodami na górę.

* * *

W ciszy szkolnego internatu rozległo się pukanie do drzwi. Gość nie musiał długo czekać. Otworzyły się praktycznie od razu.
Na przeciwko siebie stanęło dwoje nastolatków – Blondyn w czarnych okularach i różowowłosa dziewczyna o zielonych oczach.
Patrzyli sobie nawzajem w oczy, napawając się wzajemnie swoim widokiem. Z ich oczu, praktycznie w tym samym momencie popłynęły drobne, słone łzy.
- Jeremy… – Aelita podbiegła do niego i rzuciła mu się na szyję, cicho pochlipując. Po policzkach spływały jej łzy szczęścia.
Chłopak przytulił ją mocno.
- Czekałem na ciebie… – Wyszeptał przez łzy.
- Proszę cię, nigdy więcej mi tego nie rób. – Spojrzała mu w oczy. – Słyszysz? Nie rób mi tego.
- Nie zrobię. Nie zostawię cię. – Spuścił wzrok. – Ja…ja cię przepraszam… Ja po prostu bałem się, że…
- Rozumiem ale wszystko będzie dobrze. Pamiętaj, że to jest nasz wspólny obowiązek. Tylko razem może się nam udać. Nie musisz…nie możesz brać tego na siebie.
- Nie chciałem was narażać, nie chciałem narażać ciebie. Byłem przekonany, że nie mam już nic do stracenia… Tak bardzo się myliłem.
Aelita uważnie go słuchając, lekko otarła wierzchem dłoni łzy.
- Ja…już dawno chciałem ci o czymś powiedzieć ale zawsze brakowało mi odwagi… – Zmieszany, wciąż obejmując różowowłosą, walczył z nagłym przypływem stresu. – Aelita…ja
- Tak? – Dziewczyna uśmiechnęła się do niego, czekając na to co chce jej powiedzieć.
- Kocham cię… – Zarumienił się i spojrzał jej w oczy.
W oczach Aelity błysnęła radość. Serca obojga przyspieszyły.
- Ja ciebie też… – Odpowiedziała mu, rumieniąc się.
Powoli nachylili się do siebie i zamknęli oczy. Ich usta złączyły się w pocałunku. Delikatnie muskali wzajemnie swoje wargi, z każdą sekundą robiąc to coraz pewniej. Blondyn delikatnie przysunął dziewczynę do siebie. Ona zaś oplotła rękami jego kark, wsuwając palce w jego włosy. Trwali w ten sposób, czując ciepło stykających się ze sobą ciał, czując przyspieszone bicie znajdujących się blisko siebie serc. W końcu odsunęli się od siebie.
- Słodko się rumienisz… – Jeremy uśmiechnął się.
Dziewczyna zachichotała cicho, widząc jaki jest czerwony.
Usiadła na jego łóżku i oparła się o ścianę.
- Widziałeś się już z kimś? – Zaczęła ostrożnie. Emocje nadal nie pozwalały skupić jej się na innej rzeczy niż Jeremy.
- Tylko z Urlichem. – Usiadł obok niej i założył ręce za głowę. Właśnie chciał zacząć kolejne zdanie, kiedy po raz kolejny rozległo się pukanie do drzwi.
- Proszę… – Uniósł lekko brwi i spojrzał pytająco na Aelitę. Ona odpowiedziała mu jednak tym samym.
Drzwi otworzyły się i wychyliły się zza nich cztery głowy.
- Cześć! Przyszliśmy cię odwiedzić i zobaczyć jak się czujesz. – Urlich zrobił krok do przodu. – O, Aelita! – Uśmiechnął się do niej. – Wróciłaś.
Tłocząca się za chłopakiem grupka, zaczęła pchać go powoli do przodu. Brunet obejrzał się przez ramię, by sprawdzić co dzieje się za jego plecami. Nagle idący jako ostatni William potknął się o wystający nieznacznie z podłogi próg i poleciał do przodu prosto na Odda. Ten siłą rozpędu wpadł na stojącego przed nim Urlicha, który pod wpływem uderzenia z impetem upadł na podłogę. Yumi zgrabnie odskoczyła w bok, starając utrzymać się na nogach. Niestety i jej się to nie udało, gdyż tracący równowagę Włoch, spróbował przytrzymać się jej ramienia. Po chwili wszyscy leżeli na podłodze.
Aelita i Jeremy zaczęli chichotać, rozbawieni zaistniałą sytuacją.
- Ależ po co te ukłony? – Zażartował, podczas gdy przyjaciele podnosili się z podłogi.
- Bardzo śmieszne… – Yumi spojrzała na niego z ukosa. – Jeremy, ja chciałabym cię przeprosić… – Spuściła głowę. – Tam w fabryce, ja zachowałam się…
- Naprawdę nie musisz mnie przepraszać. – Jeremy uśmiechnął się do niej. – Moim zdaniem to ja powinienem to zrobić.
Wszyscy usiedli na łóżku. Aelita uniosła lekko wzrok.
- A moim zdaniem naprawdę nikt nie ma za co przepraszać. – Zaczęła, patrząc po kolei na każdego z przyjaciół. – Yumi i Odd może nie zachowali się tak, jak na sytuację przystało ale żałują tego. Jeremy też nie jest niczemu winny. Nie możemy winić go o to, że Xana dał sobie radę z naszym ostatecznym ciosem i że postanowił się ukryć na jego komputerze. Wszystko działo się bardzo szybko…za szybko. Presja czasu nie pozwoliła nam dokładnie zorientować się w sytuacji. Podczas gdy my obserwowaliśmy znikające repliki, Xana uciekał.
- Zgadzam się z Aelitą. – William pokiwał głową. – Nikt niczym nie zawinił. Zapomnijmy o tym co stało się w fabryce.
- Zajmijmy się problemem Xany. Nie możemy się sprzeczać. – Zgodził się Urlich.
Pozostali zgodnie przytaknęli.
- Jak się czujecie? – Zapytała Yumi, zerkając na rękę Jeremiego i nogę Aelity.
- Już o wiele lepiej. – Uśmiechnęła się różowowłosa. – Lekarze mówili, że byłam wyczerpana do granic możliwości i straciłam przytomność. Kiedy się wybudziłam, musiałam zostać jeszcze kilka dni na obserwacji. – Spojrzała na swój bandaż. – A co do mojej nogi, zraniłam się w kolano podczas starcia ze starym, powalonym pniem.
- Tak się składa, że złamałem rękę dokładnie w tym samym miejscu. – Uśmiechnął się do niej. – Niestety podczas tej całej leśnej gonitwy zgubiłem swoją komórkę…
Aelitę olśniło. Sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej po chwili nieduży, błyszczący przedmiot. Podała go blondynowi.
- Znalazłaś go! – W jego oczach błysnęła radość. – W którym miejscu?
- Leżał po drugiej stronie tego feralnego pnia.
- Co ja bym bez ciebie zrobił… – Spojrzał w jej błyszczące w zachodzącym słońcu zielone oczy.
Zarumieniła się lekko. Urlich obserwujący ich od dłuższego czasu, uniósł delikatnie jedną brew i uśmiechnął się pod nosem. Powędrował wzrokiem za podchodzącą do okna Yumi.
„Gdyby mi przyszło to tak łatwo jak im… Dlaczego to wszystko musi być tak skomplikowane? ” – Myślał.
Tymczasem dziewczyna o kruczo-czarnych włosach, stojąc przy biurku wpatrywała się w wiszący nisko nad horyzontem, pomarańczowy okrąg. Napawając się widokiem oświetlanych od spodu pomarańczowym światłem, chmur, w ciszy marzyła o normalnym, nastoletnim życiu. Wiedziała jednak, że pozbycie się tego wirusa, jest ich obowiązkiem i dzięki temu, aż tak nad tym nie ubolewała. Jej wzrok powędrował na blat, a dokładniej, czarny dysk. Lekko się wzdrygnęła.
- Czy…czy to on? – Spytała w którymś momencie.
Wojownicy wstali i podeszli do niej, tworząc pół okrąg.
- Tak… – Odpowiedział jej informatyk. – To on.
Wciąż patrząc się na leżące na biurku urządzenie, przyjaciele złapali się za ręce.
- Oto Xana… – Dodał cicho.
———————————————————————–
Nareszcie! To chyba jeden z najbardziej obszernych napisanych przeze mnie rozdziałów. Ale się nad nim wymęczyłam :v Jednak po wielu ciężkich dniach, braku czasu i z półtora tygodniowym opóźnieniem…jest. Zapraszam do komentowania, jeśli chcesz podzielić się ze mną swoją opinią i do łapkowania, jeśli się spodobało.
Pozdrawiam!
Aelita Sefer Schaeffer-Coxen

Rozdział 11 „Największy skarb”

*Jeremy*

Znów ten przeklęty umysł. Czy tego chcę czy nie, do końca będę jego więźniem. Do samego końca. Zerknąłem jeszcze po raz ostatni za siebie…tam między te ogromne, pełne powagi drzewa…w stronę fabryki. W stronę przeszłości i utraconego życia. Od teraz będą świadkami tego co się tu stanie. Może wspomną kiedyś o mnie przyszłym pokoleniom…albo dawnym przyjaciołom… W oku zdążyła mi się zakręcić łza. Ścisnąłem mocno dysk, odwracając głowę z powrotem do przo…o nie…nie…nie! Nie! Aelita!
Wszystko jakby nagle przyspieszyło. Zobaczyłem ją kątem oka, praktycznie w ostatnim momencie. Klęczała na trawie około 50 metrów ode mnie, wyciągając w moją stronę w akcie rozpaczy jedną rękę…nagle jej wzrok stał się jakiś inny…pusty. Zaczęła tracić równowagę i wypowiedziawszy z nutą strachu w głosie moje imię, nagle, zupełnie wiotka upadła.
Wcale mi się to nie wydawało! To ona mnie wołała! To jednak była ona! Biegła tu za mną, przez ten cały czas za mną biegła! Nie wiedziałem czy uda mi się zatrzymać. Mocno zaparłem się nogami tuż nad krawędzią, z trudem utrzymując równowagę. Spod moich butów oberwało się kilka niedużych kamieni, poczym odbijając się od wystających fragmentów skały, spadły z łoskotem na sam dół, do jej podnóża. Gdy tylko dotknęły skalistego podłoża rozsypały się z trzaskiem w drobny mak. Serce zaczęło mi tłuc jak oszalałe. Tam leży Aelita! Mimo wszystko jest tu ze mną! Momentalnie zniknęły wszystkie moje troski i chęć do dokonania moich wcześniejszych zamierzeń. Nie mogę. Ona tu jest. Nadal mam dla kogo żyć. Kocham ją i nie mogę jej tego zrobić! Serce momentalnie podeszło mi do gardła, kiedy poczułem jak w miarę mocniejszego zapierania się o krawędź skały, dla utrzymania równowagi, pod moją stopą zaczyna osuwać się grunt. Stało się. Niewielki skrawek ziemi nie wytrzymał i nagle straciłem oparcie. Zemsknęła mi się noga i pociągnęła mnie za sobą w dół. Zacząłem spadać.
Czas jakby zwolnił… Przed oczami zaczęły mi przelatywać wydarzenia z całego życia. Sekunda po sekundzie… Dzień po dniu… Po raz kolejny w poszukiwaniu części do swoich robotów, udałem się do opuszczonej fabryki. Po raz kolejny uruchomiłem potężną maszynę. W głowie zadudniły mi wypowiedziane w tedy przeze mnie słowa… „Mam nadzieję, że nie będę tego żałował…”. Odnalazłem Aelitę. Znów pracowałem w pocie czoła nad programem materializacyjnym. Po wielu trudach wreszcie mi się udało i Aelita wróciła na ziemię. Znów przeżyłem szok, gdy okazało się, że nie możemy wyłączyć superkomputera. Patrzyłem bezradnie na monitor, kiedy Aelitę łapała Scyfozoa. Po kilkunastu próbach jej również się udało i wykradła Aelicie „klucze” do Lyoko. Xana wyciekł do internetu i znów rozpocząłem prace nad programami które pomogą nam go wytropić. Po raz kolejny razem z Aelitą zbudowaliśmy Skida. Kolejne miesiące walki… Wreszcie udało się go pokonać… Pokonać… Tak nam się przynajmniej wydawało.
Nagle moje wspomnienia zostały brutalnie przerwane, przez nagłe, mocne szarpnięcie. Odruchowo zamknąłem oczy i mocno zacisnąłem zęby, już wcale nie zważając na przerażający ból ręki. Przez chwilę byłem zupełnie pewny, że to koniec, że roztrzaskałem się u podnóża skały. Powoli otworzyłem oczy i przeszedł mnie potężny dreszcz. Już nie spadałem. Ze strachem w oczach zacząłem ostrożnie się rozglądać. Uniosłem głowę i spojrzałem do góry. Znów przeszła mnie fala gorąca. Wisiałem około 2,5 metra pod szczytem skały, tylko dlatego, że o mój golf zaczepił się bardzo twardy korzeń, jakiegoś rosnącego na niej drzewa. Wokół mnie nie było niczego, choćby skrawka wystającej skały, której mógłbym się chwycić. Nie miałem pojęcia czy i jak długo korzeń zdoła mnie utrzymać. Przede wszystkim musiałem być bardzo ostrożny i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Ostrożnie spojrzałem w dół i aż zakręciło mi się w głowie. Do ziemi miałem stąd jeszcze szmat drogi…
Dobrze…Jeremy…uspokój się. Analiza sytuacji…
Szybko doszedłem do wniosku, że mój środek ciężkości nie zwiększa ani trochę moich szans na przeżycie. Muszę się przemieścić… Tylko jak? Po raz kolejny spojrzałem do góry. Może uda mi się jakoś chwycić tego korzenia… Najgorszym faktem w moim położeniu była złamana lewa ręka. Adrenalina pozwoliła mi o niej na jakiś czas zapomnieć ale wątpię żeby udało mi się jej normalnie użyć. Ostrożnie wyciągnąłem więc w górę prawą rękę i spróbowałem chwycić się mojej jedynej deski ratunku. Udało się. Całe szczęście, że nie znajdował się wysoko. Mocno chwyciłem się najmocniej wyglądającego miejsca i spróbowałem się podciągnąć. Próba skończyła się fiaskiem. Nie należałem do najsilniejszych, nie wspominając o tym, że miałem do dyspozycji tylko jedną rękę. Spróbowałem unieść również drugą, czemu zawtórował przeraźliwy ból. Głośno jęcząc z bólu, w okropnych męczarniach położyłem dłoń niedaleko poprzedniej. Z wykrzywioną w grymasie bólu twarzą po raz drugi próbowałem znaleźć się choć trochę wyżej. Modliłem się aby korzeń to wytrzymał. To w nim pokładałem teraz całą nadzieję…w nim i ludzkiej desperacji, która pozwalała działać pomimo strasznego, fizycznego cierpienia. Ludzkości znane były już przypadki ludzi, którzy zmasakrowani, wykrwawiający się lub z poważnymi złamaniami zamkniętymi, bądź otwartymi, próbując ratować swoje życie pokonywali ogromne odległości lub odznaczali się niezwykłymi czynami. Miałem nadzieję, że mi również się to uda. Napędzany strachem, rozpaczą, adrenaliną i przede wszystkim niezrozumiałą, ludzką, niezłomną wolą do życia, podciągałem się coraz wyżej i wyżej, pomimo przeraźliwego bólu. Po kilku minutach nareszcie i to się udało. Byłem w szoku. W szoku, że jeszcze żyję i że udało mi się wykrzesać z siebie tyle siły. Za to moja ręka była w zupełnie opłakanym stanie. Czułem jak każdy najmniejszy nerw, dosłownie krzyczy z bólu w akcie totalnej rozpaczy. Cała rytmicznie pulsowała. Najostrożniej jak tylko mogłem, usiadłem na korzeniu i oparłem się plecami o skalną ścianę. Walcząc z feralnym złamaniem, próbowałem wymyślić co jeszcze mogę zrobić. Nade mną nie było niczego, czego mógłbym się jeszcze chwycić. Ów drzewo, do którego należało moje tymczasowe schronienie, zwieszało swoją koronę w zupełnie innym kierunku i w dodatku rosło na zupełnie innym zboczu… W tej kwestii nie mogłem już na nie liczyć. Byłem zupełnie zrezygnowany i wykończony. Zginąć jest jednak o wiele łatwiej niż przeżyć… Teraz miałem właśnie okazję się o tym przekonać…i to na własnej skórze.

* * *

Z lasu w dzikim pędzie, jednocześnie wypadły trzy osoby. Wymieniwszy między sobą kilka szybkich zdań, rozdzieliły się i już po chwili rozpoczęły bezlitosną walkę z czasem.
W stronę skał zmierzała dwójka z nich – ciemno włosy mężczyzna, ubrany w czerwoną bluzę i grafitowe spodnie, z białą, materiałową opaską we włosach i o wiele młodszy od niego, wysoki, czarnowłosy nastolatek. Dotarli na szczyt skały.
- Belpois! – Jim zaczął się rozglądać, nawołując wyraźnie rostrzęsiony. – Cholera… Mam nadzieję, że nic mu się nie stało. Co mu odbiło?!
- Jeremy!? Odezwij się! – William ostrożnie podszedł do krawędzi. Miał złe przeczucia.
W tym momencie dobiegł do nich średniego wzrostu, brązowowłosy chłopak.
- Wygląda na to, że z Aelitą wszystko w porządku, ale to tylko moja teza. Jest nieprzytomna. – Ulrich podbiegł do Williama.
Nagle z dołu rozległo się ciche nawoływanie.
- William? Ulrich? Chłopaki to wy?
- Jeremy? – Cała trójka uklęknęła przy krawędzi skały i lekko wychylając się, spojrzeli w dół. – To my! Jesteśmy z Jimem. Wytrzymaj jeszcze chwilę!
- Dasz radę Belpois? Jak wygląda sytuacja? – Jim pochylił się lekko żeby lepiej go widzieć.
- Nie jest dobrze. – Odrzekł chłopak. – Udało mi się wdrapać na korzeń jakiegoś drzewa. Nie wiem jak długo wytrzyma mój ciężar. Nie mam się czego złapać. – Dodał wyraźnie drżącym głosem.
- Jesteś cały? – William uniósł lekko brew, wpatrując się w siedzącego kilka metrów niżej chłopaka.
- Najwyraźniej złamałem ręke, poza tym nic więcej. – Odpowiedział po czym znów zacisnął zęby z bólu.
Trójka wstała i wymieniwszy spojrzenia, zaczęli kolejną szybką wymianę zdań.
- OK, musimy działać szybko. – William spróbował przejąć inicjatywę. – Ktoś ma jakikolwiek pomysł?
- Nie… – Ulrich spojrzał na niego z ukosa. – Chyba, że masz przy sobie co najmniej trzy metrową linę.
Czarnowłosy zmarszczył znów brwi.
- Nigdy cię nie zrozumiem Stern. Jak w ogóle możesz żartować w takiej chwili?!
- Uspokójcie się! Natychmiast! – Jim podniósł głos. – Wiem co zrobimy.
Nastolatkowie momentalnie ucichli i spojrzeli się na Jima.
- Żywy łańcuch. – Oznajmił.
- Jim ma rację. Spuścicie mnie i w ten sposób dosięgne Jeremiego. – Ulrich pokiwał głową.
- Uczyli nas tego podczas szkolenia w wojsku. – Wuefista wyprężył się dumnie. – Ale…wolałbym o tym nie mówić.
Kilka minut później Ulrich powoli zsuwał się z szybko bijącym sercem z krawędzi skały, mocno trzymany za nogi przez leżącego tuż za nim Williama.
- Brakuje mi jeszcze całego metra! – Mocno poddenerwowany Ulrich krzyknął w stronę szczytu. – Niedobrze… – Mruknął zamykając oczy.
- Spuść mnie jeszcze niżej Jim! – Krzyknął przez ramię William. – Mam nadzieję, że mogę ci zaufać? – Uniósł lekko jedną brew.
- Chyba nie wątpisz w moją siłę Dunbar? – W odpowiedzi mężczyzna spuścił go jeszcze niżej.
- Oby… – Mruknął. – Mam nadzieję, że pamiętasz, że spowrotem wciągasz nas o jednego więcej…
- Jeremy podaj mi rękę. – Polecił brunet.
Chwycił mocno blondyna i kiedy upewnił się, że chwyt jest dość mocny odwrócił się w stronę pozostałych.
- Jim! Teraz!
Powoli centymetr po centymetrze cała trójka znajdowała się coraz wyżej. Nagle dał się słyszeć pojedynczy, cichy trzask.
- Co to było?
- Korzeń… Już dłużej mnie nie utrzyma! Zaraz się złamie! – Jeremy zaczął panikować.
- Jim! Musisz się pospieszyć! – Ulrich znów podniósł głos. – Inaczej zaraz wszyscy runiemy w dół!
- Robię co w mojej mocy… – Wycharczał wciąż posuwając się do tyłu.
- Jeszcze kawałek Jim! – Krzyknął William. – Pomogę ci jak tylko wciągniesz mnie na skały!
Wuefista napiął mięśnie i z całej siły zaczął wciągać ich na górę. Z trudem stawiał każdy kolejny krok. Nie mógł jednak pozwolić aby któremuś z uczniów stała się krzywda. Chwilę później chwycił Williama w pasie i chłopak momentalnie zerwał się na nogi,ciągnąc z całych sił Urlicha.
- Ulrich, kiedy cię wciągniemy, to nie wstawaj! – Krzyczał Jim. – Z całej siły trzymaj Jeremiego! Słyszysz?
- Myślisz, że mam zamiar go puścić? – Brunet puścił do Jeremiego oko. Ten jednak odpowiedział mu tylko wymalowanym na twarzy strachem. Rozległ się kolejny trzask, tym razem o wiele głośniejszy od poprzedniego. Jeremy z przerażeniem w oczach spojrzał w dół, lecz ujrzał tylko lecący w stronę ziemi korzeń. W chwili gdy jej dotknął, rozsypał się w miliony drzazg. Przełknął ślinę.
- Spokojnie Einstein. – Odezwał się do niego Ulrich, widząc jak bardzo jest rostrzęsiony. – Zaraz będzie po wszystkim.
W końcu w akompaniamencie stęków i jęków całej czwórki udało się sprowadzić Jeremiego na górę. Wszyscy padli na ziemię wyczerpani. Jeremy drgnął.
- Gdzie jest Aelita!? – Zerwał się na nogi, trzymając się za pulsującą z bólu rękę.
- Leży tam, pod drzewami. – Wskazał Ulrich podchodząc do niego. – Ułożyłem ją tak, żeby nic jej się nie stało. Jest nieprzytomna. – Zanim zdążył jednak dokończyć zdanie, blondyn biegł już w stronę dziewczyny. Nie zważając na powracający ból różnych części ciała, upadł koło niej na kolana.

*Jeremy*

Wyglądała tak pięknie leżąc wśród tych wszystkich leśnych traw… Jej skóra wcześniej blada, teraz powoli odzyskiwała swoją barwę. Musiała być taka przerażona. Ścigała mnie prawie przez pół lasu, szukała w rozpaczy moich śladów, wołała, choć nie odpowiadałem biegła dalej. Nie poddała się. Musiała tak bardzo się bać kiedy zobaczyła, co chcę zrobić… Z oczu popłynęły mi łzy. Myślałem, że ją zawiodłem. Myślałem, że nie chce mnie już znać. Nie chciałem już jej krzywdzić… W ciszy pogładziłem jej policzek. Jak mogłem w ogóle tak pomyśleć? Ona mnie nie zostawi. Jest przy mnie w najtrudniejszych momentach… Nawet teraz… Ja też jej nie zostawię. Jak mogłem w ogóle myśleć, że nie mam już dla kogo żyć?
Z mojej winy leżała teraz bez świadomości gdzieś w środku lasu. W jej pięknych różowych włosach, tkwiły wplątane gałązki i suche liście. Jej delikatna skóra, stała się bledsza. A na kolanie widniała niewielka rana, z której najwyraźniej jeszcze parę minut temu sączyła się krew…
- Za kilka minut będzie tu śmigłowiec. – Oznajmił Jim stojący za moimi plecami. – Zabierze was do szpitala. Szkoła o wszystkim zawiadomiła już waszych rodziców. Zapewniliśmy ich, że wszystko jest już w porządku. Nie musicie się już o nic martwić. – Uśmiechnął się do mnie.
- Bardzo ci dziękuję Jim. – Odwzajemniłem uśmiech.
Już miałem znów się odwrócić, kiedy…
- Belpois?
Spojrzałem na wciąż uśmiechającego się Jima. Ukucnął koło mnie.
- Szczęściarz z ciebie… – Puścił do mnie oko. – Taka dziewczyna to prawdziwy skarb. Aelita, jeśli tylko zaszłaby taka konieczność, skoczyłaby za tobą w ogień…
Zaniemówiłem.
- Nie zmarnuj tego Jeremy… – Powiedział jeszcze, po czym wstał i poszedł w kierunku chłopaków.
Patrzyłem za nim jeszcze kilka sekund i znów odwróciłem się w stronę leżącej obok mnie różowowłosej. Patrząc na jej łagodny wyraz twarzy, myślałem o tym co powiedział Jim. Położyłem swoją dłoń na jej dłoni i uśmiechnąłem się.
Tak… Aelita to prawdziwy skarb…skarb który muszę chronić… W oddali dał się już słyszeć cichy warkot helikoptera.

Rozdział 10 „Czy naprawdę nie ma innego sposobu?”

*Z punktu widzenia Jeremiego*

Wiedziałem, że tak to się skończy… Znienawidzą mnie. To z pewnością wyglądało jakbym im nie ufał, jakbym ich zdradził ale ja tylko chciałem ich chronić. Chciałem to wziąć na siebie, żeby byli bezpieczni…mogli nareszcie normalnie żyć. Zawsze o tym marzyli… Ale teraz…teraz to już dla mnie bez znaczenia. Czas zamknąć ten rozdział raz, na zawsze. Dziś, do tego lasu właśnie po raz ostatni weszły dwie istoty… Obie skazane na śmierć… Jedna z nich to ja. Właśnie straciłem moich jedynych przyjaciół, przyszłość, prawo do istnienia w ich oczach…dziewczynę którą kocham…
Druga, jest moim więźniem. Więźniem niewielkiego czarnego urządzenia, które znajduje się w kieszeni moich spodni. Naszym wrogiem, który wiele razy dążył do naszej śmierci…
Zginiemy dziś oboje.
W szaleńczym biegu zmierzałem w stronę wypełniającego się przeznaczenia.
Jeremie_0886

*Z punktu widzenia Aelity*

Terre_149

Wyszłam przez właz do parku i nerwowo się rozejrzałam. Miałam bardzo złe przeczucie. Serce biło mi tak, jakby zaraz miało wyskoczyć mi na zewnątrz. Zobaczyłam to czego szukałam. Przede mną na trawie widać było świeżo wygniecione ślady. Nie wiodły jednak ani w stronę szkoły, ani w stronę pustelni…lecz prosto w głąb lasu. Zerwałam się i zaczęłam za nimi biec tak szybko jak to możliwe. Przez głowę zaczęły mi przelatywać dziesiątki pytań. Po co Jeremy wszedł w głąb lasu?! Ślady są od siebie w dość sporych odstępach, więc musi biec… Ale dlaczego?! Dlaczego tak szybko ucieka w głąb tej puszczy?!
Coraz trudniej było mi oddychać. Dostałam jakiejś dziwnej trzęsawki . Bałam się, że przy kolejnym kroku ugnie się pode mną noga i runę na ziemię tracąc cenny czas. Wszystkie lęki towarzyszące mi dotychczas w fabryce zniknęły w jednym momencie. Teraz liczyło się tylko to aby znaleźć Jeremiego zanim będzie za późno.

Terre_058

*Z punktu widzenia Jeremiego*

W dzikim pędzie dobiegłem do ogromnego starego dębu. Przystanąłem na kilka sekund i opierając się o jego korę złapałem parę głębokich oddechów. Zlustrowałem okolicę wzrokiem szukając charakterystycznego znaku. Znalazłem. Był nim stary, trochę zmurszały powalony pień drzewa. To w jego kierunku powinienem biec dalej. Zacisnąłem pięści i nabrałem prędkości. Nie czułem w ogóle zmęczenia. Teraz miałem tylko jeden cel. Liczyło się tylko to, tylko zwalczenie problemu… Nic więcej. Gdyby chociaż Aelita stanęła w mojej obronie… Chociaż ona jedna… Miałbym chociaż dla kogo żyć… Ale tego nie zrobiła… Widziałem jej rozpacz, tą jedną łzę. Zawierała w sobie tyle smutku, bólu, wewnętrznego cierpienia, zawodu, przerażenia, rozczarowania. Nie była w stanie nawet na mnie spojrzeć…a potem…potem upadła… Zupełnie bezsilnie…była taka słaba… To wszystko moja wina…

Spod okularów na policzek wypłynęła mi drobna łza. Nie byłem w stanie jej powstrzymać…nie mogłem pojąć, jak mogłem do czegoś takiego doprowadzić… Co ja najlepszego zrobiłem!?
Zdekoncentrowany w złym momencie odbiłem się od ziemi. Zachaczyłem nogą o pień nad którym przeskakiwałem i ciężko runąłem w dół. Z ogromną siłą uderzyłem w ziemię a moją lewą rękę na którą upadłem przeszył przeraźliwy, przenikliwy ból. Głośno jęknąłem ale szybko zacisnąłem zęby już tylko sycząc i zwijając się z bólu. Spróbowałem nią poruszyć. Udało się ale szybko tego zaniechałem, z powodu ostrego bólu jaki tej próbie towarzyszył. Znów głośno jęknąłem. Nie mogę tracić czasu. Im szybciej to zrobię tym szybciej ból zniknie…tym szybciej zniknie wszystko co mnie trapi. Sprawdziłem czy podczas upadku z kieszeni nie wypadł mi dysk. Był nadal na swoim miejscu. Na jego czarnej, lśniącej niczym perła obudowie pojawiła się jednak spora, płytka rysa. Schowałem go do kieszeni i ruszyłem dalej. Co chwila sycząc z powodu ręki, zacząłem biec. Z pewnością była złamana…ale to już teraz bez znaczenia. Teraz już tak…

*Z punktu widzenia Aelity*

Nie znałam tej części lasu. Wszystko wskazywało jednak na to, że Jeremy w przeciwieństwie do mnie znał ją doskonale. Niedaleko przede mną, między wieloma sosnami, czernią majaczył pień ogromnego dębu. Byłam już na wyczerpaniu sił. Czułam, że nie dam rady już biec dalej. Płuca paliły mnie żywym ogniem, a każdemu kolejnemu wdechowi towarzyszył straszliwy ból. Biegłam jeszcze chyba tylko z powodu ogromnej dawki adrenaliny i strachu. Napędzały mnie i utrzymywały na nogach. Dobiegłam do jego pnia ciężko dysząc i oparłam się o niego całym ciężarem ciała. Dokąd mam biec teraz? Choć mogłoby wydawać się to niemożliwe, wpadłam w jeszcze większą panikę. Chaotycznie szukałam kolejnych śladów w otaczających mnie trawach i mchach. Moją uwagę przykuł leżący w poprzek jakiejś wąskiej ścieżki stary pień. Ślady! Były ślady! Prowadziły prosto w jego stronę. Powłucząc obolałymi nogami podbiegłam do niego tak szybko, jak tylko mogłam. Dotknęłam ostrożnie zimnej, wilgotnej kory. Nie miałam siły go przeskoczyć, a nie było możliwości aby go obejść. Zdyszana spróbowałam się na niego wspiąć. Mocno oparłam o niego dłonie i przeniosłam środek ciężkości. Nagle jednak ze śliskiej kory ześlizgnęła mi się ręka i straciłam równowagę. Upadłam. Stęknęłam cicho i nadal siedząc uniosłam głowę. Pojawił się nagły przebłysk, kiedy zobaczyłam, że uda mi się zmieścić pod nim. Nie czekałam ani chwili dłużej i na czworaka zaczęłam się pod nim przeciskać na drugą stronę. Wreszcie się udało i po chwili pokonałam tą krótką ale jakże trudną odległość. Nagle zobaczyłam leżący w trawie lśniący przedmiot. Pozbierałam się i szybko ocierając obolałe dłonie o ubranie, błyskawicznie podbiegłam do leżącego…urządzenia. Wzięłam go w dłonie. To był telefon…telefon Jeremiego! Łzy napłynęły mi do oczu. On tu był. Przed chwilą tu był. On gdzieś tu ciągle jest… Spróbowałam wydać z siebie jakikolwiek dźwięk, zawołać go. Płuca paliły mnie jednak tak mocno, że było to strasznie bolesne. Zabrałam w sobie całą energię.
- Je… – Wychrypiałam, z trudem łapiąc oddech. – Je…Jer… – Nie mogłam w to uwierzyć. Skuliłam się z bólu, a z moich oczu ciurkiem, jedna za drugą popłynęły łzy. Objęłam się rękami i wkładając w to ogromny wysiłek wreszcie udało mi się krzyknąć.
- Jeremy!
Podniosłam się i chwiejnie ruszyłam dalej. Ja już wiedziałam dokąd on biegł. Przez lecące teraz już nieustannie z moich oczu łzy, z trudem widziałam dokąd biegnę. To nie mogła być prawda! On tego nie zrobi! Nie może tego zrobić!
- Jeremy! – Adrenalina momentalnie pozwoliła zapomnieć o całym bólu. Znów ruszyłam niczym błyskawica, omijając drzewa i przeskakując nad uschłymi gałęziami. Przypomniałam sobie tą okolicę. Byłam tu kiedyś z tatą. Wiedziałam dokąd on zmierza…i nie mogłam w to uwierzyć…

Decors_129

*Jeremy*

To już nie daleko. Zaraz wszystko się skończy. Ja zrobię to co trzeba, a oni będą mogli zacząć od nowa…w nowym, zupełnie bezpiecznym świecie. Świecie bez niebezpieczeństw. Bez Xany. Przeskoczyłem nad kolejną suchą gałęzią. Zapomniałem się i przez przypadek poruszyłem ręką. Przeszedł mnie przeraźliwy ból. Znowu głośno syknąłem. Spokojnie, jeszcze tylko parę minut i wszystko się skończy.
W tedy coś usłyszałem. Zwolniłem i nasłuchiwałem przez chwilę. Nie wiem co to było. Już miałem biec dalej, kiedy dźwięk się powtórzył, tym razem wyraźniejszy.
To było moje imię. Ktoś krzyknął. Od razu poznałem ten głos. To była Aelita. Przerażona…wołała mnie. Odwróciłem się i uważnie szukałem jakiegokolwiek ruchu, jakiejkolwiek sylwetki między drzewami. Czy to możliwe, żeby to była ona? Przebiegła taką odległość tu za mną? Nikogo i niczego jednak nigdzie nie było. Znów nastała przenikliwa cisza, przerywana tylko szumem koron drzew, poruszanych przez wiejący wysoko ponad lasem wiatr. Spodziewałem się tego. Im bliżej będę celu tym częściej umysł będzie płatał mi takie figle. Wydaje mi się, że słyszę Aelitę…bo tylko to byłoby w stanie mnie powstrzymać… Nie mogę pozwolić się zwieść. Nie teraz. Do skał zostało już niecałe 200 metrów. Nadszedł czas… Wyjąłem z kieszeni dysk i mocno trzymając go w rękach, sycząc z bólu zacząłem pokonywać ostatnią prostą. Nawet nie będę się zastanawiał… Po prostu będę biec, a kiedy pod stopami skończy mi się grunt…roztrzaskamy się oboje… Spadniemy z dużej wysokości, będąc wzajemnymi świadkami swojego końca…

Decors_143

*Aelita*

To był on! Widziałam go! Dosłownie przez chwilę mignął mi między drzewami jego niebieski golf! Nie, nie, nie, nie!
- Jeremy! – Biegłam dalej.
Teraz już go widziałam. W szalonym pędzie biegł w stronę krawędzi skał. Przed sobą trzymał jakiś czarny przedmiot. Upadłam na ziemię i bezradnie drąc rękami trawę, spróbowałam po raz ostatni go powstrzymać, pełnym rozpaczy głosem.
-Jeremy! Nie rób tego! – Poczułam na twarzy kolejną falę gorących łez. – Nie rób mi tego! Proszę…
Przed oczami zaczęło mi się robić biało. Z sekundy na sekundę robiłam się coraz słabsza. Niczego już nie widziałam. Ręce i nogi zrobiły się wiotkie. Zaczęło mi dzwonić w uszach.
- Jeremy?! – Wydusiłam z siebie, poczym zupełnie ogłucham. Poczułam jak się przewracam i nagle utonęłam w ciemności…

Rozdział 9 „Okrutna prawda”

- Jak na złość nie mogłem jeszcze go skasować. Jeszcze nie teraz. Musiałem szybko wyciągnąć z niego potrzebne kody. Mój komputer był jednak na to zbyt słaby. Potrzebowałem bardzo silnej, potężnej, nowoczesnej maszyny…potrzebowałem superkomputera… – Zerknąłem ostrożnie w stronę Aelity. Była mocno zaskoczona. Opowiedziałem im wszystko, nie uwzględniając tylko dokładnego przebiegu rozmowy z Xaną. – Jeszcze tej samej nocy wymknąłem się chyłkiem do fabryki… To było straszne uczucie… – Kontynuowałem. Coraz trudniej było mi wypowiadać kolejne słowa. – Odpaliłem superkomputer.
Znowu zerknąłem na resztę. Stali jakby byli z kamienia ale nie chcieli mi przerwać. Aelita również nieruchoma, stała i patrzyła się na mnie, zasłuchana w mojej opowieści. Wziąłem głęboki wdech i mówiłem dalej.
- Przez parę kolejnych dni pracowałem nad Xaną. Starałem się jak najwięcej od niego dowiedzieć, jak najwięcej z niego wyciągnąć. Nie było to oczywiście łatwe… Kolejne wydarzenia już znasz. Przybiegłaś do mnie w środku nocy. Byłaś przerażona… Kiedy zaczęłaś opowiadać mi o swoim śnie… Kiedy zobaczyłem jak bardzo jesteś wystraszona, przejęta… – Głos mi się urwał. Nie potrafiłem mówić dalej.
- Myślałem o najgorszym… Kiedy odprowadziłem cię do pokoju szybko przybiegłem do fabryki, żeby sprawdzić czy coś się stało. Wszystko było w porządku. Przygotowałem fabrykę na wasze poranne odwiedziny… Wyłączyłem wszystkie programy, zabrałem dysk i wyłączyłem superkomputer… Jakby mnie tu nigdy nie było… – Spuściłem głowę. Czułem się beznadziejnie, jak zdrajca… Mimo, iż próbowałem tylko ich chronić…
Zapadła przenikliwa cisza. Serce biło mi jak oszalałe. Spodziewałem się ich reakcji. Uznają mnie za zdrajcę, będą twierdzić, że pomogłem Xanie, wytykać mi dlaczego go nie usunąłem, wypytywać dlaczego im o tym nie powiedziałem. Aelita na pewno się załamie, zacznie płakać i ucieknie, a oni wyjdą bez słowa. Martwił mnie jednak fakt, że ciągle milczą… Dlaczego? Niech powiedzą wreszcie wszystko, co o mnie teraz myślą. Niech mnie zniszczą….
W końcu stało się… Yumi nie wytrzymała.
- Jeremy jak mogłeś?! – Zmarszczyła brwi. – Jak mogłeś to wszystko… – Urwała kiedy na jej ramieniu spoczęła dłoń Williama.
- Yumi nie mów tak. To nie jego wina.
- Nie jego? – Odd podszedł do Williama i pchnął go lekko do tyłu. – To niby czyja?!
Aelita patrzyła się na nich bezradnie. Po jej policzku cicho spłynęła łza.
- Chłopaki uspokójcie się! – Ulrich chwycił Odda za kaptur i odciągnął go do tyłu.
- Ty też go bronisz?! – Wykrzyknął i obrócił się gotowy do walki.
- Ulrich, Jeremy nas zdradził. – Yumi zwróciła się do niego.
Dla Aelity to było już za wiele. Nie mogła w to wszystko uwierzyć… w opowieść Jeremiego, w niespodziewane zachowanie swoich przyjaciół…w ogóle w to co się teraz dzieje. Upadła cicho na kolana i tylko patrzyła na kłócącą się ze sobą czwórkę. Z jej oczu jedna po drugiej spływały drobne łzy. Odwróciła się w stronę komputera i…zamarła. Jeremiego tu nie było. Momentalnie zerwała się z podłogi.
- Jeremy!? – Zawołała przestraszona rozglądając się dookoła.
Wciąż kłócąca się czwórka momentalnie zastygła patrząc się na Aelitę. Odwróciła się w ich stronę i zupełnie rozbita, zaczęła krzyczeć przez łzy.
- Co się z wami stało?! Zupełnie wam odbiło! Nie zachowujecie się jak moi przyjaciele! Moi przyjaciele nigdy nie posądziliby Jeremiego o zdradę! – Na chwilę znów zapadła cisza. – On jest tak samo załamany jak my, może nawet bardziej… A jeśli zrobi sobie coś złego?
- Aelita… Ja tylko… – Yumi nie wiedziała co powiedzieć ale Aelita tylko pokręciła głową.
- Nic już nie mów. Biegnę szukać Jeremiego. Mam nadzieję, że nic mu się nie stało.
Ruszyła w stronę windy.
- Aelita! – Krzyknął do niej Ulrich.
Zerknęła na niego przez ramię.
- Pójdziemy go szukać z Tobą. – Zaoferował.
- Nie. Pójdę sama. Wy idźcie na lekcje. Jeśli nie będzie tylko naszej dwójki, wyda się to mniej podejrzane. Kryjcie nas.
Ulrich nie wyglądał na przekonanego ale skinął głową na znak zgody. Spróbowała się jeszcze do nich uśmiechnąć, na tyle, na ile pozwalał jej strach, po czym zniknęła za zamykającymi się drzwiami windy.

—————————————————————————————————————–Witajcie! Miałam wstawić ten rozdział wczoraj ale było już dość późno… Mam do Was pytanko. Co myślicie o obrazkach które wstawiałam do poprzednich rozdziałów? Wstawiać je dalej czy lepiej jeśli rozdział składa się tylko z tekstu? A i jeszcze pytanie odnośnie tytułów rozdziałów.  Jest opcja, że mogłabym nazywać rozdziały tytułami.  Co wy na to? Zapraszam do czytania i pozdrawiam wszystkich czytelników! Zostawcie po sobie ślad! Pozdrawiam! ^_^

Aelita Sefer Schaeffer-Coxen

Rozdział 8 „Przestroga”

“Skończyły się lekcje, a ja wciąż myślałem o porannej rozmowie w stołówce. Sam zdziwiłem się faktem, ile prawdy było w tej rozmowie. Wydawało się, że nie mogę im o niczym powiedzieć. Jak widać to nie prawda, skoro jedynym kłamstwem które powiedziałem, było to, że będę się chciał dziś porządnie wyspać. Tak…wcale nie miałem zamiaru. Dzisiaj w nocy czeka mnie mnóstwo pracy.„ – Myślałem odkładając koło biurka swój plecak. Poszedłem ostrożnie do drzwi i uchyliłem je lekko sprawdzając czy korytarz jest pusty. Jedynym przejawem tego, że nie byłem tu sam, były jednak tylko zamykające się właśnie za kimś drzwi do jednego z pokoi. Zamknąłem drzwi i podszedłem do biurka, cały czas nieufnie na nie spoglądając. Towarzyszyło mi dziwne wrażenie, że kiedy tylko wyjmę i wezmę do ręki dysk z Xaną, drzwi się otworzą, a stojąca w progu osoba od razu będzie wiedziała co się na nim znajduje. Wybudziłem ruszeniem myszki swój wiecznie włączony komputer i siegnąłem do jednej z dolnych szuflad mojego biurka. Już po chwili na moich rękach leżał niewielkich rozmiarów lśniący, czarny prostopadłościan. Przyjżałem się mu marszcząc brwi. Usiadłem na swoim fotelu, wciąż trzymając płaski przedmiot w dłoniach.
„Co ja tak właściwie robię? Dlaczego go nie skasowałem?” – Odwróciłem powoli fotel, a mój wzrok ni stąd, ni zowąd nagle zatrzymał się na wiszącym na ścianie oprawionym w ramkę zdjęciu, zdjęciu przedstawiającym nas, naszą szóstkę. Przeszedł mnie nieuzasadniony dreszcz, niepodobny do żadnego z tych które miewałem kiedykolwiek wcześniej. – „Nie chcę… nie mogę im zrobić krzywdy. Kiedy tylko Xana przestanie mi być potrzebny muszę go skasować.”
Położyłem dysk na biurku. Wygrzebałem z szafki odpowiedni kabelek i podłączyłem go do komputera. Włączony przeze mnie uprzednio własnej roboty antywirus, wydał cichy alert o niebezpiecznej zawartości przenośnego urządzenia.
- Tak, wiem o tym… – Pokręciłem głową z dezaprobatą i potwierdziłem chęć otworzenia okna z zawartością dysku, wcześniej włączając zaporę, niepozwalającą Xanie opuścić urządzenia na którym się znajdował. Gdy komputer wydał odpowiedni sygnał dźwiękowy odpaliłem przygotowany wcześniej, również przeze mnie, prosty program służący do porozumiewania się ze sztucznymi inteligencjami i innymi zaawansowanymi programami. Otworzyłem panel komunikacji o wyglądzie starego panelu „Wiersza Polecenia” i wbiłem wzrok w migający rytmicznie kursor.
„Gotowe” – Pomyślałem i zaplotłem dłonie przed twarzą. – „Wszystko działa jak należy. Tylko co teraz? Jak mam zacząć?” – Zmarszczyłem brwi. – „Przecież nie napiszę do niego tak po prostu “Hej co słychać? Trzymasz się jakoś?„” – Na tę myśl zachichotałem cicho pod nosem ale równie szybko się za to skarciłem. To było o wiele trudniejsze niż mogłoby się wydawać… Patrzenie się w tą mrugającą sekunda po sekundzie kreseczkę było dla mnie o dziwo bardzo przygnębiające… Momenty w których patrzyłem się w klawiaturę z totalną pustką w głowie nie zdarzały się często ale zawsze czułem w tedy bezsilność, niemoc…słabość. Przeciągnąłem się i wstałem z zamiarem pochodzenia po pokoju. To zwykle mi pomaga. Tym razem czułem jednak, że kwestia spokojnej rozmowy z Xaną mnie przerasta. Pojawiły się wątpliwości.
„A może jednak dam sobie z tym spokój? Po co to komu? Równie dobrze sam mogę rozłożyć go na części i wyszperać potrzebne informacje.” – Zamyślony pokiwałem głową podczas kolejnej rundki po pokoju. – „Tak. Tak będzie najlepiej. Próba rozmowy to tylko strata cennego cza…” – Przerwałem, patrząc się w monitor.
Na czarnym tle okienka, na moich oczach, z malutkich białych literek tworzyło się zdanie. Zdanie tworzone przez Xanę. W dwóch wielkich susach momentalnie znalazłem się przy biurku. Poprawiłem okulary i przyjrzałem się powstałemu zdaniu…a raczej pytaniu.
- Jeremy Belpois? Mam rację?
Usiadłem ostrożnie na krześle i drżącymi rękami zacząłem stukać w klawiaturę.
- Tak. To ja. – Odpowiedziałem.
- Moje najszczersze gratulacje… – Wodziłem wzrokiem po nowej wypowiedzi. – Udało ci się…
Mimo, iż Xana próbował prawdopodobnie wypaść jak najwiarygodniej, czułem tą delikatną nutkę ironii zawartą w tych paru wyrazach. Zorientowałem się też, że właśnie nieświadomie pozwoliłem mu prowadzić tą rozmowę… Niedobrze.
- Moje pytanie brzmi jednak, dlaczego jeszcze istnieję? Dlaczego mnie po prostu nie skasujesz?
- Nie ty będziesz zadawał teraz pytania, Xana. – Odpisałem, nie mając zamiaru podawania mu odpowiedzi. – Od teraz to ja pytam a ty odpowiadasz. Jasne?! – Dodałem jeszcze po krótkiej chwili wahania.
- Cóż za nagła zmiana… Aż boję się zapytać co się stanie jeśli odmówię…ale przez grzeczność tego nie zrobię.
Wręcz słyszałem w uszach jego śmiech. Zacisnąłem pięści i głośno wciągnąłem powietrze. Nie odpowiedział na moje żądanie.
- W jaki sposób udało ci się przetrwać? – Napisałem. Po chwili dodałem jeszcze. – Co stało się z tobą w Lyoko w tych ostatnich sekundach?
- Ty naprawdę myślisz, że ja ci teraz wszystko wytłumaczę?
Kolejna kpina… Chyba jednak nic z tego nie będzie.
- Xana pamiętaj, że od teraz jesteś na MOJEJ łasce. Jeśli nie odpowiesz sam znajdę odpowiedzi pośród twoich kodów. Zajmie to co prawda trochę więcej czasu ale nie zmienia to faktu, że i tak wszystko z ciebie wyciągnę. – Zmarszczyłem brwi. – Nie uważasz, że lepiej będzie, jeśli będziesz miał świadomość tego, co mi przekazujesz?
Przeczytałem jeszcze raz swoją wypowiedź. To chyba nie miało tak zabrzmieć.
Nastała cisza.
Zamiast bezpośredniej odpowiedzi na ekranie wyświetlił się raport. Raport opisujący ostatnie manewry Xany w Lyoko. Przysunąłem monitor bliżej i zacząłem go czytać z prędkością torpedy. Z każdym kolejnym słowem czułem się coraz gorzej. To było po prostu nie możliwe. Ugięły się pode mną nogi. Wraz z przeczytaniem ostatniego słowa ciężko opadłem spowrotem na krzesło.
- Tak jak widzisz… – Pisał Xana, podczas gdy ja zrozpaczony siedziałem z twarzą ukrytą w dłoniach. – Mnie już w tedy tam nie było.
Podniosłem głowę.
- A program Franza Hoppera? Wypuściliśmy go do internetu.
- Zostawiłem w internecie trochę danych. Stworzyłem coś w rodzaju mojego widma. Kiedy program je zniszczył uznał, że zadanie zostało wykonane i uległ… rozpadowi.
- Ale skąd w takim razie znalazłeś się tutaj? Na moim komputerze?
- Jak to się mówi…najciemniej jest pod latarnią… Nigdy nie dam wam spokoju. Jesteście jedynymi ludźmi którzy o mnie wiedzą i coś mi się wydaje, że jeszcze nie do końca się rozmówiliśmy…
- Czego ty od nas chcesz?!
- Nie martw się… Od was już nie wiele. Ale przyznaj… czy tak nie jest lepiej?
Uniosłem brew czekając na dalszą część tej wypowiedzi.
- Ja i wy… Walczący ze sobą bez końca… Do póki wszyscy się wzajemnie nie wykończymy…
Serce biło mi już jak oszalałe. Wpatrywałem się pustym wzrokiem w monitor na którym wciąż pojawiały się kolejne zdania.
- Jeremy, dam ci dobrą radę… Jeśli chcesz żeby twojej Aelicie nic się nie stało, skasuj mnie teraz zanim będzie za późno. Wiedz, że z chwilą kiedy powtórnie przekroczy próg Lyoko już nigdy nie będzie bezpieczna… Nigdy.
- Nie pozwolę ci jej skrzywdzić… – Na wzmiankę o Aelicie momentalnie odzyskałem zdolność świadomego myślenia. – Nie pozwolę… choćbym miał przypłacić za to własnym życiem!
- Ty naprawdę nie wiesz z kim masz do czynienia…
Momentalnie zamknąłem panel komunikacyjny. Ze strachem w oczach odwróciłem się i zerknąłem odruchowo na drzwi mojego pokoju. Były zamknięte. Szybko wypiąłem feralny kabel z komputera, odłączając dysk.
- To jakiś koszmar… – Wyszeptałem.

Zapraszam do głosowania!

Witajcie ;-)

Ten, oraz wiele innych blogów, bierze udział w konkursach na najlepszy blog o Code Lyoko w kategoriach: miesiąca i wakacji ;) Zapraszam Was do obejrzenia blogów wszystkich kandydatów i głosowania na Waszym zdaniem najlepszy! Niech zwycięży najciekawszy!

http://najblog-code-lyoko-2015.blogspot.com/

Pozdrawiam! :-D

Rozdział 7 „Poranne kłamstwa”

image

Bezchmurny kwietniowy poranek zapowiadał naprawdę piękny i ciepły dzień. Kadic budziło się do życia w akompaniamencie dziesiątek budzików. Pierwszym celem większości uczniów tego dnia była oczywiście stołówka oferująca pyszne i pożywne śniadanie. Już po kilku minutach przy rozdającej tace ze śniadaniem kucharce utworzyła się spora kolejka. Do stołówki wpadł też szybko, znany ze swojej żarłoczności Odd Della Robbia, a tuż za nim reszta wojowników: Yumi, Ulrich, Aelita i William. Wokół unosił się przyjemny zapach świeżej jajecznicy. Odebrali swoje tace i  usiedli przy stoliku, przy którym swoje śniadanie pałaszował już Odd.
- Einstein jeszcze nie przyszedł? – William rozejrzał się po stołówce dosiadając się do przyjaciół.
- Pewnie jeszcze śpi. – Rzucił między kolejnymi porcjami Odd. – Myślicie, że będzie miał coś przeciwko temu żebym wziął też jego porcję?
- Właśnie dostałam od niego SMS-a. – Odparła Aelita wstukując coś w swoim różowym telefonie. – Powiedział, że za chwilę będzie.
W tej chwili drzwi otworzyły się i do stołówki wszedł Jeremy. Szybko odebrał swoją tacę i podszedł do stolika. Miał potargane włosy i podkrążone oczy. Założony na prędce niebieski golf był wymięty, a jeden z rękawów musiał widocznie podwinąć się w czasie biegu z internatu do stołówki, bo jego koniec znajdował się o wiele wyżej niż drugi. Siadając o mało nie potknął się o niezawiązane sznurówki. Pod grzywką, tuż nad wyraźnie przekrzywionymi okularami widać było pare odciśniętych klawiszy klawiatury.
- Jestem, jestem. – Wydyszał poprawiając rękaw i przekrzywione okulary.
Wszyscy unieśli porozumiewawczo brwi, a Aelita i Yumi zaśmiały się cicho pod nosem.
image

- Jeremy? Usnąłeś wczoraj przy biurku z głową na klawiaturze prawda? – Spytał ironicznie Ulrich, uśmiechając się do prawie duszących się ze śmiechu dziewczyn.
Jeremy wyraźnie zaskoczony pytaniem uniósł brwi.
- No… – Zmieszał się. – Tak. Skąd wiedziałeś?
Przyjaciele nie wytrzymali i teraz śmiali się już wszyscy.
- Co was tak śmieszy? – Jeremy był wyraźnie poirytowany zaistniałą sytuacją. W odpowiedzi Yumi podała mu swoje lusterko. Chłopak zmarszczył brwi i po chwili wahania wziął podany mu przedmiot. Kiedy się przejrzał od razu zrozumiał powód rozbawienia swoich przyjaciół. Na jego czole faktycznie widniał równiutki rządek odciśniętych klawiszy z mniej wyraźnym zarysem napisu „QWERTY”. Zrobił minę w stylu „No tak. Wszystko jasne.” i spojrzał na tarzających się, na widok jego miny, przyjaciół.
- Naprawdę bardzo śmieszne. – Obruszył się i zabrał do jedzenia jajecznicy.
- Oj, wyluzuj Einstein. – Odd klepnął go w ramię odsuwając od siebie pustą tacę.
- Lepiej powiedz nam dlaczego? – Spytała wpatrująca się w niego ponad kubkiem parującej herbaty Aelita. – W tym tygodniu nie mamy już żadnych sprawdzianów ani kartkówek. Pracujesz nad czymś? – Uśmiechnęła się do niego i napiła herbaty.
Mimo przyjemnej atmosfery jaką panowała teraz przy ich stoliku, nagle Jeremy zupełnie stracił ochotę na żarty. Już prawie zapomniał o wczorajszych zdarzeniach i o tym, że tak na dobrą sprawę oszukuje swoich przyjaciół. Musiał coś odpowiedzieć, tylko co? Nie może przecież powiedzieć im, że przez całą noc pracował nad zabezpieczeniem Xany i przeniesieniem go z komputera na inne urządzenie przenośne takie jak np. dysk. Nie mógł powiedzieć prawdy ale nie chciał też skłamać. Postanowił więc powiedzieć tylko jej część. Bardzo się denerwował.
- Tak. – Powiedział niepewnie, starając się mówić jak najspokojniej, ostrożnie dobierając słowa. – Zacząłem wczoraj popołudniu.
Następne pytanie zadane przez Williama było aż zbytnio oczywiste.
-A nad czym to tym razem pracuje nasz geniusz komputerowy? – Spytał ironicznie zaplatając palce.
Nagle Jeremiego olśniło i z błyskiem w oku zaczął tworzyć już całkiem swobodne, charakterystyczne dla siebie mądre  wypowiedzi.
- Rozpocząłem pracę nad moim własnym programem AI. – Oznajmił z dumą.
Wszyscy przyjaciele oprócz Aelity wymienili zdziwione spojrzenia.
- Programem A co? – Yumi przekrzywiła głowę.
- Jeremy mówi o AI. To skrót od angielskich słów Artificial Intelligence. – Wytłumaczyła Aelita. – Sztuczna inteligencja.
- Dokładnie. – Blondyn uśmiechnął się do niej.
- Sztuczna inteligencja? – William uniósł brew. – A na ci ona? Chyba nie musisz już sobie sprawiać cyber dziewczyny. – Uśmiechnął się  spoglądając ukradkiem na siedzącą obok niego Aelitę.
W odpowiedzi oboje posłali mu ciężkie spojrzenie.
- Zawsze chciałem posiadać inteligentny program. Mógłbym zainstalować go na wszystkich moich urządzeniach. Pomagałby mi w pracy lub pełniłby po prostu funkcję naszego towarzysza. Każdy z nas mógłby z nim rozmawiać, pomagałby nam w pracach domowych i zadaniach. Byłby naszym przyjacielem…
Tak to było to! Już wiedział czym się zajmie. Właśnie odpowiedział sobie na swoje pytanie. Był naprawdę podekscytowany.
- Hej, to nie jest zły pomysł. Jeśli tylko masz tyle chęci aby go tworzyć to ją jestem za. – Yumi skinęła głową i odsunęła od siebie pustą tackę.
- Ja też nie mam nic przeciwko. Liczę, że Twój program pomoże też podczas klasówek? – Wyszczerzył się Odd.
- Odd…- Chłopak skarcił blondynka.
- Nie? – Posmutniał. – No…ale na moje wsparcie też możesz liczyć.
- Myślę, że też się przyłącze. – Powiedział Ulrich unosząc lekko rękę.
- Aelita? Co o tym sądzisz?
- Ja też jestem za. Gdybyś potrzebował pomocy to chętnie przyjdę zobaczyć jak ci idzie. – Zaoferowała.
Wzrok przyjaciół powędrował na milczącego Williama. Chłopak  widząc, że reszta oczekuje jego zdania, odezwał się.
- Zastanawiam się czy taki program będzie bezpieczny. O ile jeszcze pamiętacie niedawno z jednym skończyliśmy walkę. Xana też był sztuczną inteligencją…
Zrobiło się trochę nie zręcznie ale Jeremy postanowił się wybronić.
- Wiem o tym i wszystko przemyślałem, dlatego swoje przygotowania zacząłem od stworzenia odpowiedniego programu antywirusowego. Jest już przetestowany i sprawdza się doskonale. – Odpowiedział mu. – Nawet lepiej niż się spodziewałem… – Dodał po namyśle.
William chwilę się zastanawiał.
- No dobra Einstein. Wygrałeś. Ja też nie mam zastrzeżeń.
Wojownicy wstali i zgodnie poszli odnieść puste tacki.
- To kiedy zaczynasz? – Spytał go Ulrich.
- Myślę, że jeszcze dzisiaj dam sobie spokój. Zarwałem parę nocy pracując nad antywirusem, a ponieważ ten tydzień jest jeszcze wolny od kartkówek i sprawdzianów chyba nareszcie porządnie się wyśpię. Muszę was przeprosić ale proszę żebyście mi dzisiaj nie przeszkadzali. Potrzebuję spokoju. Jutro czeka mnie dużo pracy…
- W porządku Einstein. Możesz na nas liczyć. – Odd puścił do niego oko.
Wyszli ze stołówki na lekcje.